Rozdział II
Nadejdą lepsze czasy - Rozdział II
„Od czternastego roku życia zajmuję się fotografią amatorską, ale wizjer mojej lustrzanki nigdy nie oglądał czegoś podobnego. Jesteśmy z Żorżem na dziedzińcu gigantycznej fabryki, jak z filmów grozy, ceglane obdrapane ściany hal, demoniczne schlapane olejem maszyny pokryte odłażącą zielonkawą farbą, metalowe wózki i przenośniki, wszędzie pełno blachy i drutów, w oddali dźwigi portowe i kadłuby budowanych statków. Wszystko jakieś surrealistyczne, zdecydowanie brak tu ducha humanizmu, jak tu można w ogóle pracować, skoro tu strach wejść. Tłum wąsaczy, długobrodych i wygolonych, prawie sami mężczyźni, wszyscy zaaferowani, w jakimś uniesieniu, stoją i wpatrują się gdzieś hen daleko.
Powiedzmy: spokojny, zamyślony, opanowany tłum. Poznaliśmy jednak tłum inny: bezładny, nieobliczalny, niebezpieczny. Tłum wąsatych, brodatych i wygolonych miotany jakąś irracjonalną siłą inercji, przelewające się cielsko kosmicznego monstrum pozbawione kontroli i sensu, którego atomy walczą o przetrwanie przy pomocy łokci, nóg, gdzie resztkami sił próbujemy utrzymać równowagę. Tłum ciska nami bezwładnie we wszystkie strony i choć kurczowo trzymam Żorża za plecak i tak prędzej czy później będę musiał puścić, polecę gdzieś w otchłań i zostanę zupełnie sam, bez mamy, taty Żorża, wśród obcych, przepoconych, prostych mężczyzn, ich upadających transparentów i progastronomicznych haseł. Tak się też stało : poleciałem, ale nie zapominaj, że ten lot skończył się cudownie, bo choć tłum gniótł mnie i poniewierał, kazał szorować kolanami po betonie, deptał stopy i dłonie, ta droga przez mękę okazała się mieć sens, niewidzialna ręka przeprowadziła mnie przez labirynt przypadkowości w to właśnie miejsce – jedyne i ulotne – gdzie byłaś ty. Stałaś nade mną, a raczej miotałaś się jak ja, bezwładnie wymachując rękami, ktoś cię popchnął na kolana, a ja cię wtedy chwyciłem, poznajesz mnie? Chodzimy do tej samej budy! Chyba jednak mnie poznajesz, nieraz przecież ocieraliśmy się o siebie podczas przerwy, nawet raz biegnąc w górę po schodach potknąłem się, może to sobie przypomnisz, ty szłaś wtedy w dół, a ja przewróciłem się i miałem twarz na wysokości skraju twojej beżowej spódnicy z wełny. Ty możesz naturalnie tego nie pamiętać, ale mnie jeszcze kilka tygodni później śnił się ciąg dalszy, wyobrażałem sobie na przykład, że wstając z żałosnej pozycji leżącej na schodach niechcący zahaczam głową o rąbek twojej zimowej spódnicy i zamiast wyprostować się, otrzepać, udać że się nic nie stało i pójść dalej, nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami, zupełnie jakbym zimową czapkę nasunął na twarz, w ciemności zamiast na kontakt elektryczny trafiam głową na twoje łono, muskam włosami otulone rajstopami uda, rozkosz szoku, to cudowne nieporozumienie. A wtedy ty zamiast się oburzyć, spłonić i przegonić intruza, wręcz przeciwnie, zaczynasz dzielić moją rozkosz, uznając ten incydent za dość oryginalny sposób nawiązywania znajomości. Ale wróćmy do fabryki, bo właśnie klęczymy naprzeciwko siebie, uśmiechasz się do mnie, nagle robi się cicho, nie słychać wrzasków, nie czuć kuksańców, tak jak w filmach wojennych cichnie muzyka, gdy jeden z bohaterów umiera, ale – wiadomo – my przeżyjemy, a chwila nie trwa więcej niż ułamek sekundy. Trzeba się podnieść bo nas zdepczą, łapię cię oburącz za łokcie i wypycham do góry, udało się, teraz ty wyciągasz jeszcze do mnie rękę, ale co z tego, kiedy żywioł wciąga cię równie łatwo, jak wypuścił i tyle cię widzę, znowu wrzeszczę chwytam się jakiejś włochatej dłoni, jej właściciel nie odmawia szczęśliwie pomocy i ciągnie moje zbolałe ciało do góry. „Dzięki”, sapię, do wąsacza, który co najmniej uratował integralność moich kości, „Dzięki za pomoc, bez pana nie dałbym rady”. Ale on na to przykłada palec do ust, ciiii, tłum zaczyna się uspokajać, ze wszystkich stron słychać ciiicho, spokój, przewodniczący, nie tłoczyć się.”
„Wszystko po kolei : najpierw był pociąg. Nie, nie wiem, czy pociąg był długi (co za pytanie), wiem za to, że tak długiej podróży jeszcze nie miałem przyjemności odbyć. Prawdę mówiąc nie wiedziałem, że można tak długo jechać te trzy setki kilometrów nad morze, gdy w tym czasie sputniki na niebie okrążają kilkadziesiąt razy naszą planetę. (Mógłbym wrócić do koncepcji Ziemianina, za jakiego się uważam, ale trochę nie na temat). Pociąg zatrzymywał się gwałtowanie, co kilka minut, zupełnie jakby maszynista chciał przewietrzyć ściśniętych jak sardynki pasażerów przetasowując ich na siłę. Zresztą - kogo pasażerowie obchodzą w tych czasach, kogo w ogóle obchodzą ludzie, jesteśmy pyłkiem wobec idei, niczym wobec symboli, anonimową masą wobec patosu zwycięstw ludu, niewygodnym świadkiem materialnego rozkładu taboru kolejowego i państwa, który go utrzymuje. Jednostka niczym, jednostka bzdurą, pisał kiedyś poeta, a maszynista najwidoczniej tego poetę cenił, bo traktował nas gorzej niż bydło, które przynajmniej ma wartość handlową, czego o nas nie można powiedzieć.
W nocnym pociągu śmierdziało potem i rozkładającym się prowiantem, powietrze gęste od dymu papierosowego, kwaśnego smrodu alkoholu, ludzie stłoczeni, chuchali sobie w twarze nieświeżym oddechem przesiąkniętym dymem i wódką. Ci co nie palili, musieli być u kresu, ale (jak wiesz) w tym kraju, gdzie wolność jednostki od wieków jest wartością niewzruszalną, mniejszość wobec większości jest bez szans w jej używaniu. I dlatego - choć brzmi to paradoksalnie - większe szanse na długowieczność mają palący niż abstynenci, bo tych ostatnich zawsze będzie mniej. Dlatego wszyscy, nas nie wyłączając, pociągaliśmy ile wlezie, aż do potwornego bólu głowy, który uśmierzyć mógł tylko łyk wódki wlewany obfitym strumieniem, byleby tylko cało i zdrowo do celu. (Doświadczony Żorż skonsultował przezornie rozkład jazdy, zrobił poprawkę na spóźnienie i spakował dwie butelki.)
Siedzimy w toalecie, a więc mamy jedno z lepszych miejsc (nie licząc tych, co w przedziałach, ale oni mają kłopot, jak im się zachce do wychodka, a my – siłą rzeczy – nie). Próbujemy z Żorżem rozmawiać o dniu jutrzejszym, jak już dojedziemy do miejsca, w którym przyjdzie nam rozpoczynać międzynarodową karierę prasową, ale rozmowa nam się nie klei, na dodatek pociąg staje po raz kolejny, a mnie w plecy znowu wbija się kranik umywalki (klozet zajmuje Żorż). Jęczę, bardziej z nudy niespełnienia niż z bólu. Pociąg staje tym razem nie w głuszy, skąd nie dochodzą żadne odgłosy cywilizacji, a słychać tylko jęki i przeklinanie, rozespanych, zdemoralizowanych bezsensem tej podróży pasażerów, przerywanych charczeniem tych, w których na zmianę zaduch i przeciąg rozbudził już pierwsze oznaki przeziębienia. Białe okno wagonowego kibla jaśnieje, znak, że w okolicy stoi jakaś zagubiona latarnia albo wręcz zespół latarni. Nie mija chwila, jak złowrogo brzmiącą ciszę przerywa nagły chrzęst, charkot, stukot, potem przeraźliwy pisk, nagle głos jak z innego wymiaru, opóźniony pociąg osobowy, to zapowiedź naszego pociągu. Potem słyszymy walenie pięścią w blachę: „Dokumenty, przygotować dokumenty”, głos dochodzi z zewnątrz, ludzie otwierają okna na korytarzu, jeszcze nie dowierzają. Jezusmarie, chrząkania, werbalne mięso składają się na ten lingwistycznie interesujący amalgamat, łapanka w nocnym pociągu zdaje się mieć nieocenioną wartość rozrywkową. Czujemy się żywcem porwani przez tę ogólną wrzawę budzących się półtrupów, gdy drzwi wagonu energicznie się otwierają i po schodach wspina się facet w mundurze milicjanta. Milicjant jest wyraźnie zły, co tym bardziej kontrastuje z naszym rozrywkowym nastrojem chwili. Szybko dociera do nas, że nie ma szans na pobłażliwość, a to dobrze nie wróży. „Dowody proszę”, groźnie krzyczy milicjant, zagłuszając gadającą mu na pasku radiostację. Szperamy w kieszeniach plecaków, milicjant świeci latarką na dowody ludzi stojących przed ubikacją, po czym groźnie tak, że aż drgają mi nogi odwraca się ku nam. Wyciągamy do niego nasze dowody istnienia, bez nich państwo nie uznaje, że się kiedykolwiek urodziliśmy, w tym absurdalnym świecie bez papierka i pieczątki jesteś niewiele więcej wart niż tusza warchlaka (albo i mniej).
- Tu mi czegoś brakuje - stróż prawa międli słowa, w końcu podnosi na nas zimny wzrok formalisty, a na jego milicyjnej czapce błyskają oficerskie gwiazdki. - Czego szukacie nad morzem?
Durniejemy. Ano jedziemy dla kariery i guza, tak mi się zdążyło pomyśleć, ale Żorż nie dał za wygraną, mówi, że odpoczynek, wakacje, plaża, panienki, te rzeczy i próbuje z pojednawczym uśmiechem. A ten pajac w mundurze milczy, wpatruje się w nas przenikliwie, wreszcie zaczyna klepać dowodami o dłoń. Milkną chrząkania i jezusmarie, zapada przeraźliwa cisza. Jest cicho. Cicho? Niezupełnie, bo milicjant klepie dowodami w dłoń, a to klepanie zamiast nas chłodzić rozgrzewa, jakby nas do pieca wsadzono Żorż dalej: my, licealiści, matura w przyszłym roku. A milicjant na to: Meldunek. A Żorż na to: Co, meldunek? Milicjant: Nie ma, brak. Wstrzymujemy oddech. Tu nas ma.
- Nie ma meldunku. Gdzie będziecie mieszkać? Znowu cisza.
- Na kwaterze.
- (Riposta) Jakiej?
- (Bez wahania Żorż) - No właśnie, nie mogę sobie przypomnieć ulicy. Zaraz gdzieś tu miałem zapisane, taka znana ulica - Żorż otwiera kieszeń plecaka w poszukiwaniu czegoś, co rzekomo posiada. Czuję, że się gubi, popada w panikę a ja naiwnie sądziłem, że zawsze sobie świetnie radzi w takich sytuacjach. Tymczasem tutaj jest kompletnie bezradny. Widać władza to nie nauczyciel, władza nie da się przekabacić, jej ciężar gatunkowy, bogactwo nieodgadnionych dla zwykłego śmiertelnika relacji służbowych, zakamarków kartotek zawierających wszystkie informacje na twój temat włącznie z tym, co jadasz na kolację i której się kładziesz spać, wreszcie rycerskość i siła emanujące z munduru, godła i odznaczeń, wypięta pierś kogoś, kto może wszystko, w tym zgnieść cię jak robala – to balast, którego Żorżowi nie idzie tak łatwo udźwignąć. („Wyzwolenia”, szepcę bojaźliwie, bo taka jest w każdym mieście).
- Właśnie: ulica Wyzwolenia, panie władzo.
- (Riposta władzy) - Numer ulicy, nazwa ośrodka.
- (...) E, e, to taki pensjonat ... nazywa się ... („Pod Zegarem” podpowiadam znowu). Tak, Pod Zegarem, czy Pod Kukułką, nie panie władzo, Tymek pomyliłeś z tym hotelem w górach, ha, ha, to nie tak, ten pensjonat nazywa się Pod Zatoką, czy Nad Zatoką, blokada pamięci panie władzo, to się zdarza – ale jego trzęsący się głos zdradza paskudne, ogołocone z formy kłamstwo, z którego już się nie wykręcimy. Kłamstwo wobec władzy, kłamstwo wobec państwa, ojczyzny, narodu i partii albo raczej partii i narodu, i tak dalej. Nie wykręcimy się. Czekamy na wyrok.
- Nad Zatoką, powiadacie - odwraca się i coś burczy do mikrofonu radia, okropne oczekiwanie, mijają wieki zanim radio wreszcie odszczekuje odpowiedź. Uśmiecha się, ale chyba nawet Koparska od literatury uśmiecha się przyjaźniej, kiedy szykuje się do wyplucia na nas swej złości. - Nad Zatoką, powiadacie ulica Wyzwolenia. A nad jaką zatoką, że się tak wyrażę, nad zatoką małp? Jastrzębi? - Z pewnością chciałby dalej wymieniać znane mu zwierzęta, ale powstrzymują go rozgrzane do czerwoności wewnętrzne emocje. Gęba mu puchnie z długo oczekiwanej furii. - Ja wam mówię obwiesie (recytuje nasz wyrok, a przy tym nieludzko się wydziera), że nie ma żadnego pensjonatu Nad Zatoką przy ulicy Wyzwolenia, nie macie żadnego meldunku i jesteście bandą gówniarzy, próbującymi wcisnąć kit przedstawicielowi władzy ludowej, ale ona się nie da, nie jest taka głupia, jak się wam wydaje.
Jego wrzask jest wrzaskiem androida, nie człowieka, podmuch standardowych obelg pod adresem obywatela jest tak silny, że niemal lewitujemy pod sufitem WC. Faceta ogarnia szał, pasja pierwotniaka, jest szczęśliwy swą furią, tak stanąć nad nami bezbronnymi, taką rzeź niewiniątek sobie urządzić i wywrzeszczeć, zemścić się za to, że w środku nocy kazano mu zatrzymywać te zapleśniałe pociągi z podśmierdłymi pasażerami, pomścić swoją swędzącą łydkę, bolący palec u nogi, wyrzygać nam to, że my mieszkamy w mieście, a on cham z dziada pradziada, co nigdy nie ruszył się ze swej zapadłej podmiejskiej dziury cały swój awans życiowy zawdzięcza tylko komunie, komuna wszak chamstwo gloryfikuje. Ten wrzask czyni go wolnym, uwalnia od formy, jaką władza mu narzuciła, choć wrzeszczy urzędowo, w mundurze, oficjalnie w imieniu naszego państwa, władzy, jest to więc wrzask państwowy, publiczny, ustawowy, a nie jakiegoś tam piskliwego kundla spoza układu. Awansowali go przecież, żeby rządził i nauczał, co gdzie, kiedy i dlaczego należy robić, czego nie należy, gdyby tylko mógł, z pewnością chwyciłby nas jednego po drugim za szyje i z zaciśniętymi zębami dusił, dusił, dusił, do czasu aż nie wyzionęlibyśmy ducha w imię prawa i sprawiedliwości społecznej, w imię uwolnienia świata od tych, co go dewastują.
Ale nie dusi nas, jednak jakieś maniery ma, uniesienie opada, powoli blednie, oddech łagodnieje. Drżącą z emocji ręką wsuwa nasze dowody do kieszeni munduru i cedzi, posapując (podczas gdy jego dusza szczytuje) takie oto staccato : „Dosyć tego pierdolenia, koledzy. Trzeba mieć meldunek, albo skierowanie na wczasy, albo do sanatorium, albo od lekarza, że jod wdychać zaleca, albo jakikolwiek papier choćby od babci klozetowej z urzędową pieczątką, miasto nie przyjmuje takich włóczęg, jak wy. Zbierać manatki, wysiadamy z pociągu!”
- Zaraz, zaraz, chwileczkę – ale mój przypominający buczenie zapowietrzonej rury głos nie dodaje nam wiarygodności - my musimy przecież dojechać do miasta, jak to tak, wysadzi nas pan i co my tutaj po ciemku. - Ale oficer odwraca się do nas plecami.
- Panie władzo, panie władzo - próbuje jeszcze Żorż - można na słówko?
- Co jest?
No tośmy w bagnie po uszy: Żorż wskazuje milicjantowi na wystającą z plecaka flaszkę wódki. Kulę się, milicjant nic nie mówi, tylko podchodzi do Żorża z zaciśniętymi zębami łapie go za ucho, ciągnie do drzwi wagonu i pcha w czeluść. Słychać jęk upadającego. W pośpiechu zbieram nasze plecaki i biegnę za nim. Żorż podnosi się z asfaltu, ma rozbite czoło. Jakiś dwóch dryblasów w mundurach dopada do nas i ciągnie przez senny peron do zaparkowanej nieopodal milicyjnej furgonetki.
Wsadzili nas do środka, od przednich siedzeń oddziela nas gruba szyba i pewnie obgryźlibyśmy ze strachu i upokorzenia wszystkie paznokcie, gdyby nie to, że zdążyli nas zakuć w kajdanki. Mam wszystkiego dosyć, Żorż chyba też, najchętniej bym mu zresztą wyrzucił w twarz, co myślę o jego idiotycznych pomysłach, teraz mogłem siedzieć sobie spokojnie i słuchać muzyki, albo leżeć na trawię, albo pić piwko pod budą, jak niewinna i cudowna wydawała mi się wściekłość kolejki po piwo w porównaniu z furią milicjanta i tym, co nas teraz spotkało. Chciałbym usiąść z rodzicami przed telewizorem w naszym mieszkanku w bloku i obejrzeć czwartkowy serial kryminalny, albo zagrać coś na gitarze, albo zrobić cokolwiek, byle nie siedzieć skuty kajdankami w milicyjnej suce!
Co z nami będzie?
- Co z nami będzie? - pytam głośno Żorża, lecz Żorż uśmiecha się tylko, chce pewnie powiedzieć, żeby nie pękać, ale jest nie mniej wyczerpany ode mnie, najwyraźniej uznał, że ten wybryk go przerasta. Raczej nie wie, co będzie. Wsadzą nas do jakiegoś tutejszego aresztu, potem będzie proces o łapownictwo i próbę nielegalnego dotarcia nad morze. Oni jak zechcą, to wszystko będzie nielegalne, nie masz na nich siły, oni wiedzą lepiej. Mają swoje sądy, kolegia, milicję, tajniaków, urzędników, wszystkich tych, którzy im się przymilają, żeby tylko dopuścili ich do zakładowego bufetu, obficie zaopatrzonego w żywność bez kartek. Śmiecie. Jak chcesz spokojnie żyć, lepiej im w drogę nie wchodź. Co mnie zresztą obchodzi ta rewolucja, te wszystkie strajki, czy przez to stanę się nagle bogaty i piękny, czy moi starzy zaraz staną się majętni i skończą się ich depresje pod koniec miesiąca, kiedy zaczynają wydzielać ostatnie grosze w oczekiwaniu na kolejną wypłatę? A może dostanę paszport do szuflady i będę mógł jeździć sobie za granicę, kiedy zechcę, tam na pewno przyjmą mnie i Żorża i wszystkich naszych kolegów z otwartymi ramionami, jesteśmy w końcu bohaterskim narodem, a do tego doskonale wykształconym. Jak widać.
Zasunięte drzwi furgonetki otwierają się z łoskotem, zagląda do nich jakiś milicjant, lustruje nas wzrokiem, jak psychicznie chorych, potem drzwi znowu zasuwają się. Jesteśmy sami, tylko radio terkoce przy desce rozdzielczej. Żorż ma czerwoną plamę na czole od uderzenia, milicjant dał mu tylko jakąś brudną chustkę do otarcia, Żorż jest wykończony. Mija godzina, może dwie, naprawdę nie wiem, nie jestem w stanie się skoncentrować. Pociąg już dawno odjechał, stacja jest teraz całkiem pusta, tylko od czasu do czasu słychać kroki na peronie. Telepie nami, poranny chłód wciska się w ciało wszystkimi porami, zęby klekoczą. Kulimy się, rzeczywistość zlewa się z majakami, Żorż zrolowany jak embrion, chyba drzemie. Do tego wszystkiego czuję w krtani wielką gulę, która podchodzi mi do góry, zaraz się rozpłaczę.
Wreszcie drzwi znowu się otwierają z hukiem, ktoś coś mówi na nasz temat, Żorż zrywa się jak porażony prądem, a w drzwiach staje nasz oprawca. Patrzy na nas przez jakiś czas - jest taki jakby zrelaksowany - w końcu sięga ręką do kieszeni, wyjmuje kluczyk, rozpina kajdanki Żorżowi, potem mnie. Tu będą nas sądzić czy jak, ale skąd wziąć sędziego o czwartej rano, chyba, że teraz dopiero spuszczą nam wycisk. To chyba jednak wszystko sen: milicjant patrzy Żorżowi prosto w oczy i pyta czy mu nic nie jest, niby jest groźny, ale to już nie ten sam człowiek, co w pociągu. Żorż burczy, że w porządku, a gliniarz patrzy się teraz na mnie, nie mam siły się bać.
- No dobra, pokażcie co tam macie w plecakach – słyszymy i nie całkiem wierzymy. Szczęśliwie Żorż się szybko koncentruje, sięga do plecaka i go rozsznurowuje. Nie idzie mu, ma zgrabiałe palce, nadgarstki obolałe od ścisku kajdanek, w końcu, wyciąga flaszkę wódki, jakąś konserwę mięsną, zupę w proszku, zagraniczny długopis bic. Milicjant wygląda na zadowolonego i pokazuje filuternie jeszcze na coś kolorowego w plecaku, a jest to złożona w prostokąt plastikowa torba z napisem Marlboro. Ładuje łup do torby Marlboro, po czym zatrzaskuje drzwi. Widzimy jak obchodzi samochód od przodu, otwiera drzwi kierowcy i ładuje się na fotel.
- To dokąd jedziemy? – jest jak rodzony wujek, który szykuje się do zawiezienia dzieciaków na wycieczkę do lasu, silnik po pewnym czasie chwyta, ruszamy, a wprawiona w ruch milicyjna puszka kołysze nas do snu.”
„Obudził mnie piękny sierpniowy ranek. Rozklekotana milicyjna furgonetka wtoczyła się na zalane słońcem przedmieścia miasta. Żorż ułożywszy usta w popielniczkę pochrapywał z głową opartą o zimny metal kabiny dla aresztowanych, a jego niewielkie bezbronne ciało słabiej lub silniej odmierzało uliczne dziury bezwładnie podskakując na wyliniałym siedzeniu ze skaju. Przyjemnie: ciepłe promyki słońca miło muskają mi policzki, jestem wymięty jak szmata, choć bywało gorzej. Samochód wjechał na szeroką, trzypasmową ulicę, potem skręcił w mniejszą i sunął pełnym gazem między starymi domami o wielkich, prostokątnych oknach. Miasto spało jeszcze, a przeraźliwy pisk hamulców zwalniającej furgonetki z pewnością niejednego wyrwał z porannej drzemki. Milicjant niedbale zaparkował wóz przed komisariatem, z werwą szarpnął klamkę swoich drzwiczek i skierował kroki do wejścia. Zniknął zupełnie się nami nie przejmując, uznając zapewne, że głęboko śpimy. A może po prostu o nas zapomniał? Szarpię Żorża, żeby się obudził, choć w głębi duszy zazdroszczę mu, że smacznie śpi. Najchętniej zrobiłbym to samo w dowolnej pozycji i miejscu. Na pół przytomnemu szepcę, że gliniarz wyszedł i trzeba pryskać, ale Żorż nie przejawiał w tej chwili nadmiernej błyskotliwości, w końcu machnął ręką i zaczął mruczeć coś o braku dowodów osobistych. Zasnął z powrotem.
Siedzę spokojnie, myśli mi się kłębią, teraz daleko mi do stanu rozluźnienia, jaki osiągnęliśmy wówczas, gdy milicjant zażądał łapówki. Co dalej? Czyżby cwaniak zgarnął łup, a teraz miał zamiar odstawić nas na komisariat do aresztu? Zawiadomią starych, przedtem jednak spuszczą nam porządne lanie, myślę, że ludzie tego pokroju bardzo cierpią, kiedy ich areszt jest pusty i nie mają komu przyłożyć pałą w przerwach między pisaniem raportów. W szkole legendy krążyły o tym, co na takim komisariacie się dzieje, masz wrażenie, że wszystkich sadystów ubrano w oficjalne mundury państwowej milicji do wdrażania w terenie ideologii i zdobyczy socjalizmu. Te opowieści lepsze były od bajek o potworach i duchach, obowiązkowo wygłaszanych w kolonijnych dormitoriach przez małolatów, mroziły krew w żyłach i co bojaźliwszych przyszpilały ciężkim strachem nie pozwalając żadną miarą na zboczenie choćby o krok ze stale utartych szlaków. Ale, jak to w życiu, tym straszliwym opowieściom przeczyła zupełnie odmienna rzeczywistość, przecież na co dzień nikt nikogo nie śledził, żaden milicjant nie zgarniał z ulicy ot tak prosto na komisariat, żeby dołożyć pałą, być może należało wręcz przychylić się do tezy, że to wszystko bujdy, ktoś chce wciskać kit o żelaznych wilkach, każdy szuka sposobu, żeby zaistnieć w towarzystwie, toteż opowiada takie rzeczy. Bo przecież równie dobrze te opowieści mógł sfabrykować jakiś pospolity rzezimieszek - który oberwał pałą, bo ukradł z kiosku paczkę papierosów - dla czysto towarzyskich celów podwórkowej beletrystyki. Jedyną, choć jakże wątpliwą korzyścią płynącą z naszego położenia, była możliwość przekonania się, kto ma rację (choć byłbym raczej za tym, żeby sprawdziła się oficjalna propaganda).
Poranne dygotanie ustępuje miejsca gorącemu potowi, kiedy nasz kapitan w towarzystwie jeszcze innego gliniarza staje w drzwiach komisariatu. Nasz zbliża się do furgonetki i łapie za klamkę drzwi do części więziennej. Przymykam oczy, udaję, że śpię, ale on długo nie otwiera ich, cały czas rozmawia z drugim. W końcu machają sobie ręką i stróż prawa ciągnie za klamkę. Krzyczy, że koniec trasy blacha drzwi uderza w blachę karoserii, Żorż tym razem budzi się natychmiast.
- Dokąd, dokąd idziemy? - pytam myląc wątek snu z rzeczywistością i nie czekam długo na zgrabną odpowiedź ukraszoną elementami ogólnokrajowej gwary, o tym że mamy „wypierdalać” i „więcej się nie pokazywać na oczy”. Wręcza nam dowody osobiste, ale na nasze pożegnanie już nie odpowiada. Gdybym tylko miał teleobiektyw.... Ale nie miałem. Za to w przeciwieństwie do zaspanego Żorża chce mi się śpiewać z radości, ryczeć na cały głos, bo robi się pięknie, świeci słońce, nikt nas nie gnębi, nie spina kajdankami, oto idziemy sobie zupełnie swobodnie po wąskiej uliczce, a nasze kroki odbiją się tłumionym gumową podeszwą echem od kolorowych murów zabytkowych domów. Kłap, kłap, kłap, skąd ja to znam, do tego czuję straszliwy głód, jestem gotowy opędzlować pół baru mlecznego z jajecznicy albo innych przysmaków, co za szczęście, uważasz, takie pierwotne instynkty bez żadnych ideologii, żadnych komunistów, strajkujących, nas i ich, po prostu chce mi się żreć, jak psu i dlatego to takie piękne bo nieskazitelnie pierwotne, czyste, nieskomplikowane. Żorż też chce jeść, ale daleko mu do mojego entuzjazmu, twardo przedkłada pracę nad przyjemnościami, twierdząc, że najpierw trzeba wiedzieć, jak dostać się do fabryki, a dopiero potem myśleć o żołądku. Chcąc nie chcąc zapominam o głodzie, uczę się w końcu dorosłości, a dorosły wie, że praca to nie jakieś tam romantyczne wzloty i upadki, ale żmudny znój, precyzja i logika, z których potem można najwyżej być dumnym w razie pochwały przełożonego. W końcu nie jesteśmy tu dla przyjemności. Żorż jednak robi się ciężki do zdzierżenia, zwłaszcza, że im bliżej fabryki, tym coraz bardziej poważnieje. W końcu po kilkunastu minutach błądzenia pustymi uliczkami natrafiamy na jakiegoś dozorcę, który pokazuje nam drogę.
Dochodzimy do wysokiego czerwonego muru: to na pewno tutaj. Mur oblepiony portretami świętych i transparentami, narodowymi flagami, kwiatami i czym tylko się da – niezła szopka, myślę i wyjmuję z plecaka aparat. Żorż ustawia się pod jakąś Madonną, o tak jest super, światło, ostrość, cyk, przesuwam klatkę, światło, ostrość cyk, ujęcie wzdłuż muru, idziemy dalej (kłap, kłap, kłap), a robić się zaczyna coraz ludniej, kręcą się jakieś dziwne typy (Tajniacy? Najprawdziwsi? Na robotników mi nie wyglądają!) na szczęście nikt nam nie przeszkadza dojść do wielkiej, ukwieconej jak na wesele bramy. Żorż odciąga mnie teraz na bok, tak, żeby nie widzieli nas strażnicy,
- Słuchaj, mówimy, że jesteśmy z gazetki szkolnej, chcemy zrobić zdjęcia i zaszczepić w naszych koleżankach i kolegach ducha walki, w stolicy nikt nie ma wiadomości z pierwszej ręki, my w imieniu całej społeczności licealnej, bla, bla, bla, rozumiesz? Najlepiej się nie odzywaj, przygotuj tylko legitymację. - Żorż jeszcze nie podchodzi do bramy, odsuwa się trochę, zdejmuje plecak i wyjmuje coś z kieszonki plecaka. To znaczek Madonny.
- Zidiociałeś Żorż?
- Cicho – Żorż wpina sobie znaczek w klapę. – Dzień dobry panom, zwraca się do strażników przy bramie.
- Kemping jest w tamtą stronę – zza krat bramy odpowiada Żorżowi, a raczej swemu kumplowi brodata twarz z opaską na ramieniu. Twarz się śmieje, kumpel przeciera oczy podnosząc się ze stołka.
- My nie na kemping, my z prasy szkolnej.
Konsternacja.
- Z czego? – Brodaty grymasi, uśmiecha się głupkowato, w końcu łapie wątek. – Prasy jakiej?
- Szkolnej.
- Znamy prasę państwową, czyli taką, która kłamie i prasę niezależną, która pisze prawdę, a wy – z jakiej jesteście?
- Zupełnie niezależnej! – sam fakt, że chcą z nim rozmawiać dodaje Żorżowi otuchy – Szkolnej, niezależnej, samorządnej, związkowej, zawodowej, wpuście nas za bramę, bo nas zaraz zamkną! – Kątem oka widzę nadjeżdżającą milicyjną furgonetkę. Nogi się pode mną uginają, teraz to nie żarty. – Wpuście nas, dopiero, co nas zwolnili z aresztu! Słowo areszt wywołuje zadziwiający efekt: brodaty bez entuzjazmu, choć zdecydowanie uchyla bramę i wpuszcza nas do środka. Zrzucamy plecaki. Żorż opowiada historię o niezależnej gazetce szkolnej podczas, gdy brodacz uważnie ogląda nasze legitymacje. Chyba nie ma wprawy w kontrolowaniu innych, brak mu profesjonalizmu, tak charakterystycznego dla reprezentantów władzy. Każe nam czekać, aż zjawi się ktoś odpowiedzialny za prasę. Brodaty jest nieufny, być może wielu zjawia się tu szpiegów aparatu partyjnego, tajniaków i innych, choć przecież ja i Żorż jesteśmy zdecydowanie za młodzi na konszachty ze służbami specjalnymi. Kto to może jednak wiedzieć w tych czasach? Brodaty pozwala nam się rozłożyć na jakimś skrawku trawnika obok muru, zrzucamy więc plecaki i padamy na trawę, wyschłą, łysawą. Nad nami szumi drzewo, słoneczko wystawia główkę coraz wyżej nad horyzont, jest bardzo przyjemnie, ciepełko rozlewa się po spoconym marszem i emocjami ciele, opuszczam powieki, oddaję się słonecznej kąpieli. Obrazy dnia i nocy stają mi przed oczami, migawki pociągu, mundury, milicyjna suka. Jakaś zbłąkana, namolna mucha siada mi to na policzku to na czole, to znów na dłoni, nie dając nacieszyć się chwilą spokoju. Zresztą po chwili podchodzi do nas brodaty i mówi, że ktoś chce z nami rozmawiać. Niechętnie podnosimy się i choć czujemy że sen nas powala, wkładamy nasz dobytek na plecy i idziemy jego śladem. Brodaty prowadzi nas między zakładowe budynki z czerwonej cegły, kluczy między wąskimi uliczkami pochlapanymi olejem, zawalonymi żelastwem, aż w końcu stajemy przed ogromnym, sięgającym po horyzont rusztowaniem, wewnątrz którego kluje się gigantyczny supertankowiec. „Poczekajcie tu”, mówi i wdrapuje się na rusztowanie, po czym znika pokonawszy którąś z kolei drabinkę. Stoimy z Żorżem, czekamy cierpliwie, bo tylko w ten sposób mamy szansę wygrać sprawę, ale brodaty zniknął nam na amen, więc znowu zrzucamy plecaki, siadamy i wyjmujemy papierosy. Zawsze to jakaś namiastka śniadania, są gorsze rzeczy dla zdrowia niż taki papieros rano, myślimy, ale nie bardzo wiemy, co mogłoby bardziej szkodzić. Siedzimy i siedzimy, zaczyna nam się to już dłużyć, szczęśliwie senność przeszła, słońce jest już coraz wyżej na niebie, zaczyna się robić gorąco. Postanawiamy zrzucić z siebie flanelowe koszule, ale okropnie się nie chce. Siedzimy tak dalej, pot zaczyna się lać strumieniami, już południe, gdzie ten brodaty się podział, nagle za nami trzask. Rusztowanie zaczyna się chwiać. Próbujemy uciekać, ale jest już za późno straszliwy ciężar przygniata nas, ratuuunku, próbuję krzyczeć, ale nie mogę wydobyć głosu.”
„Jezu - słyszymy zduszony głos - to ten ciężar, co nas gniecie tak stęknął, okazuje się, że leży na nas jakiś stutonowy grubas, a my na łysej wyschłej trawie. Spaliśmy. Próbujemy się spod niego wygrzebać, ale on nie jest sam – wkoło niego wielki tłum miota nim na wszystkie strony. Grubas nie może złapać równowagi, ktoś mu podaje rękę, to szczęście, bo w przeciwnym razie skończylibyśmy jak sprężyny w jego łóżku. Zrywamy się na równe nogi, lecz nie jest łatwo licealiście zaistnieć w tłumie robotników, upiorny harmider wgryza się bez pardonu w resztki snu, ludzie biegną i pchają się ze wszech stron, z trudem zarzucamy plecaki, łapię się Żorża, który razem z innymi prze ku epicentrum wrzawy. Trawnik, na którym ucięliśmy sobie drzemkę jest świadkiem rewolucji. A potem – już wiesz – zobaczyłem ciebie, zanim znów nie wciągnęła cię otchłań tłumu. Ta wrzawa nie skończyłaby się zapewne, gdyby nie przemówienie:
- Cisza, proszę się uciszyć - piszczy mikrofon, ktoś w niego stuka, spokojny głos – Szanowni państwo – tłum się uspokaja, aż ciężko uwierzyć, publicznie ktoś mówi do tłumu szanowni państwo, a nie towarzysze, ha, inny świat, niełatwo mi się jednak skoncentrować. Zamiast wsłuchiwać się w ten opanowany głos, co jak balsam jakiś cudowny ucisza rozwydrzony tłum, zapuszczam żurawia wciąż na próżno próbując cię odnaleźć, odnaleźć Żorża (choć zważywszy na przeciętną wzrostu strajkujących, na to ostatnie mniej liczę). Mój wybawca, ten co do mnie pomocną dłoń wyciągnął zniknął zaraz po tobie, koło mnie sami obcy ludzie, ich twarze skupione i poważne, z dłońmi podpierającymi brodę, jakby odciążyć chcieli szyje od obowiązku noszenia głowy. - Bardzo państwa proszę – mówi dalej kojący głos – o zachowanie spokoju i rozwagi. Rozmowy są na najlepszej drodze, jeżeli będziemy zachowywać się spokojnie i godnie nic się nam... nic nikomu się nie stanie. A teraz proszę was o cierpliwość, przedstawiciele rządu niedługo do nas dotrą.
Spod plątaniny ubrań wyciągam moją Praktikę, sprawdzam czy film jest naciągnięty, wysuwam rękę jak maszt do góry, ale jak mam ustawić światło, skoro nie dostaję do wizjera, trzeba robić na oko, cyk, mam nadzieję, że wcelowałem w mówcę, przewijam klatkę, cyk, i jeszcze raz dla pewności, teraz zmieniam czas i przesłonę, odwracam się i kucam nade mną z założonymi rękami wąsacz, nawet nie próbuje stawać na palce, choć niewiele widzi, ostrość, światło, może facet zrobi jakiś grymas, ale on nic, cyk, mam go, o teraz robi znak krzyża, na mównicę wszedł chyba jakiś ksiądz, cyk, super, co za ujęcie, teraz trzeba dorwać księdza. O, jest okazja, ale mam szczęście, cały tłum klęka i mruczy jakąś modlitwę, tylko ja stoję z aparatem, co za szkoda że nie mam teleobiektywu. Mam faceta w samym środku rastera, cyk, mam księdza z daleka, teraz, cyk, klęczące morze ludzi, wreszcie sam klęczę i fotografuję wkoło ich zamyślone twarze, aż w końcu czuję czyjąś rękę na ramieniu.
- Kolega pozwoli ze mną – głos zachodzi mnie od tyłu. Ciężko wyczuć, czy głos jest miły czy groźny, idę jednak posłusznie, nie będę przecież robić skandalu, tu wszyscy tacy skupieni i solidarni, tak wyobrażam sobie atmosferę na koncercie Pink Floydów, wszyscy razem, to uniesienie, euforia, zjednoczeni w ubóstwianiu swych idoli i ich dzieła, rozrywani chęcią wypuszczenia dusz z krępujących ciał, chce ci się płakać, wyć, wrzeszczeć wszystko naraz, wystarczy zamknąć oczy, żeby dotknąć absolutu, co ja mówię, jestem szczęśliwy bo spotkałem ciebie, szczęśliwy, że tutaj jestem, tu jest pięknie, inaczej niż w domu, Żorż miał rację, że mnie tu wyciągnął.
W oddali zostawiamy tłum wiernych i księdza, stajemy pod obdrapanym murem.
- Chciałbym zobaczyć pana akredytację – choć brodata twarz i wielkie łapy nie świadczą o inteligenckim pochodzeniu, jego głos jest spokojny, zupełnie jak głos przewodniczącego, oni wszyscy są tu jacyś wzniośli, tym bardziej więc mam powody by zaczerwienić się, kiedy mówię, że nie mam, bo nie zdążyłem wyrobić sobie. W takim razie słyszę, że muszę natychmiast opuścić teren fabryki, facet macha ręką by przywołać innych porządkowych. Zaczynam się tłumaczyć, że jestem razem z kolegą, Żorżem, takim małym, jesteśmy z gazetki szkolnej, on jest od pisania, a ja robię zdjęcia. Chcemy pokazać w szkole, co tu się właściwie dzieje, bo to, co wiemy pochodzi z telewizji, sam pan rozumie. A on mi, że tu tylko mogą profesjonaliści, a od kiedy to gazetka szkolna jest profesjonalnym pismem? Rozpoznał we mnie smarkacza i teraz pokazuje swoją wyższość, nie należę do ich klasy robotniczej, nie pracuję w wielkiej fabryce statków, jak on, więc nie jestem z towarzystwa, a poza tym chyba po prostu nie rozumiem, o co tutaj chodzi. On robotnik fabryczny może teraz sobie porządzić niedoszłym inteligenciną w dodatku ze stolicy, który, jak dorośnie, w pogoni za dobrobytem przystąpi pewnie do komunistów i będzie piął się do góry po plecach robotników, dostawał poza kolejką przydziały na mieszkania i talony na samochody, bony na zakupy w dewizowych sklepach. Więc patrz szczeniaku ze stolicy, co tutaj się dzieje, jak my, robotnicy, potrafimy walczyć również o twoją wolność, zobacz: nie miotamy się chaotycznie, nie latamy w kółko bez składu i ładu wszyscy na własną rękę, ale mamy swojego przywódcę, swoje straże i administrację, nie potrzebujemy do pomocy takich jak wy, co to tylko siedzicie, myślicie i myślicie, czytacie te wasze książki i nic z tego nie wynika, poza naszą biedą.
- Masz legitymację szkolną? – Aha, przechodzi na ty, to może być dobry, ale i zły znak. Podaję mu legitymację, ogląda ze wszystkich stron, patrzy pod światło, może szuka tam mikrofonu, albo jeszcze lepiej, magnetofonu, myślisz, że ubecy mają takie cacka? Ja w każdym razie myślę sobie, że ci robotnicy nie są tacy głupi. Wyobrażasz sobie Mieciu, co by było, gdyby nie wprowadzili prohibicji? Gdyby zapili się i zaczęli rozrabiać – to by dopiero narobili szumu w telewizji i radiu. Ale oni trzymają się dzielnie, gdyby nie ten poranny harmider, w którym przez chwilę się zobaczyliśmy, powiedziałbym, że teraz robotnicy to zupełnie inni ludzie, niż ci, których spotykasz codziennie idąc do szkoły, te skacowane mordy charczące i strzykające żółtawą flegmą na chodnik, które po robocie obsiadają ławki w parkach urządzając sobie libacje wokół flaszki denaturatu. Nie, mój robotnik – ani żaden z tych, których tu widziałem – w niczym nie potwierdzał mojej dotychczasowej opinii. Może byli nieco szorstcy w obejściu, ale nie mieli w sobie nic z tych zezwierzęconych, odrażających kreatur, dających niezmienne świadectwo upadku idei państwa robotniczo-chłopskiego.
Robotnik skinął do mnie głową na znak, żebym szedł za nim, więc idę. Wchodzimy do przestronnej hali, a tam mnóstwo stołów prezydialnych dłuższych i krótszych, dostaję polecenie, żeby zdjąć plecak, więc zdejmuję, usiąść na krześle i czekać, aż mnie wywołają, więc siadam i czekam. Rzuca jeszcze, że mam nie robić żadnych numerów i odchodzi do swoich obowiązków, może szukać kolejnego takiego jak ja, na przykład Żorża? Ale Żorża ani widu ani słychu, rozglądam się dalej, chociaż tak po prawdzie, to Żorż mi trochę zobojętniał wtedy, bo ja chciałem ciebie Mieciu, tylko ciebie spotkać! Podchodzi do mnie jakiś inny facet „Zaraz ktoś się tobą zajmie” i – uszom własnym nie wierzę – słyszę jak krzyczy gdzieś: „Pani Mieciu, tu jeden do akredytacji”. Serce bije mi mocniej, ty, na pewno ty, dam sobie nos uciąć, że to ty, promień słońca ciebie do mnie, a mnie do ciebie prowadzi! Na przemian czerwienię się i blednę, kiedy siadam za stołem z obrusem koloru dojrzałych liści. Z drugiej strony stołu kręcą się różni ludzie, aż w końcu od grupy odrywa się tęgawa kobieta w beżowej spódnicy i białej, przeszywanej złotą nitką bluzce.
- Dzień dobry, nazywam się Mieczysława Tober – mówi do mnie nadzwyczajnie miło, babcinie jakoś tak, tylko czekać, aż jej więdnące usta zostawią na mym czółku mokrego buziaka – Kartę prasową proszę bardzo i jakiś jeszcze dokumencik, a ja gapię się na nią nie wiem czemu, może dlatego, że mi w końcu nie dała buzi w czoło – Czy pan jest obcokrajowcem, spiking inglisz?
- Nie, nie, doskonale rozumiem - ale kiedy kładę na stole moją legitymacje szkolną ze zdjęciem sprzed trzech lat, jej szeroki babciny uśmiech znika z twarzy, Pani Miecia się krzywi, patrzy na mnie z niedowierzaniem.
- Szanowny Panie licealisto, nie ukrywam, że wygląda pan na parę lat więcej. Przykro mi bardzo, nie wydajemy akredytacji uczniom.
No to ja jej bajkę o gazetce szkolnej, że jestem uznanym fotografikiem szkoły (nie mylić z fotografem), sam dyrektor wiesza moje zdjęcia w swoim gabinecie. Pani Miecia chyba jednak z zawodu jest belfrem, bo jej twarz wyraża wyższość pokoleniową w stosunku do nieopierzonego szczeniaka, który niewiele przecież wie o życiu, zwłaszcza w porównaniu z nią, matką pięciorga i babcią dwadzieściorga dzieci, jeżeli nie więcej. Nie, jest jeszcze coś takiego, jak wyższość członków stada nad obcymi, dlatego znowu słyszę, że muszę bezzwłocznie opuścić teren fabryki. W tym momencie na stronę panią Miecię wyciąga jakiś mały z wąsami, nie uwierzysz, co to były za wąsy, bierze ją na stronę i coś do niej mówi, jest bardzo grzeczny, bo zwraca się do mnie i przeprasza, że on tylko na chwileczkę. Miecia mu na to, żeby się mną nie przejmować, bo ja nie dostanę akredytacji, jestem zwykłym uczniakiem, facet patrzy na mnie, w końcu zbliża się i pyta, po co tu przyjechałem.
- Mówiłem już Pani Mieci, pracuję dla gazetki szkolnej, a poza tym – czuję że nie mam nic do stracenia – zachowujecie się zupełnie, jak komuniści, z którymi tak walczycie, słyszę tutaj, że jak nie ma papieru, to do widzenia, a przecież, chyba nie na tym ma polegać demokracja, czyż nie? Pani Miecia w faceta wpatrzona jak w obrazek, (a temu inny obrazek z klapy wyziera, taki jak u Żorża), krytycznie się marszczy, grdyka lata nerwowo, usta wyginają się raz w podkowę raz prostują do ściętej złością kreski. Jednak ja czuję w sobie desperacką siłę – Przecież demokracja to również, jeśli nie przede wszystkim, prawo do bycia niezależnym, żeby człowiek, jednostka, stał się podmiotem, a nie tylko numerkiem w ewidencji – dokumentnie się zasapałem, kto mi takich mądrości do głowy nawsadzał, czyżbym zbyt dużo z telewizją obcował? W końcu jednak emocje biorą górę nad rozsądkiem, zawsze, gdy chcę komuś coś wygarnąć zastanawiam się ile zdań zdołam wypowiedzieć zanim dostanę zadyszki, teraz właśnie doszedłem do kresu, jestem czerwony, jak robotnicza krew, ręce mi drżą z przejęcia, rzuciłem się na starszego (czytaj: starszą), podważyłem jej autorytet, a tego nikt tutaj nie lubi – wiem coś o tym. Ale ku mojemu zdumieniu patrzę, że wąsaty słucha z zainteresowaniem, w końcu zbliża się wyciąga przez stół rękę i klepie mnie po ramieniu, uśmiecha się.
- Pani Mieciu – o rany, już wiem skąd znam ten głos, ten wąsaty to sam przewodniczący, robię się malutki, ręce jeszcze bardziej mi drżą, tak Mieciu, to jest chwila, którą pamięta się do końca życia, ja i przewodniczący strajku, robotnik, o którym teraz ciebie nie wyłączając każdy mówi niemal jak o Bogu, on mnie widzi, patrzy na mnie we własnej osobie, tej koszulki, którą mam na sobie powinienem już nigdy nie prać, powinienem włożyć ją do gabloty z podpisem: „w prawe ramie klepał najsłynniejszy przywódca strajku, w dodatku z największymi wąsami na świecie.” – Pani Mieciu – mówi wąsacz – proszę dać temu panu akredytację – a z gardła Pani Mieci wydobywa się piskliwe „tak jest”, pani Miecia bierze kartonik i cyzeluje długopisem moje nazwisko.
- Czy może być T. Szymański, Tymoteusz nie zmieści mi się na kartoniku? Potakuję najskwapliwiej jak mogę :
- Może być Tymek, pani Mieciu” – ale pani Mieci nie jest do śmiechu, babci to ona już wcale nie przypomina, a ja właśnie teraz konsumując zwycięstwo nad Panią Miecią, potrzebowałbym czegoś takiego, jak babciny pocałunek. Pani Miecia z oschłą twarzą daje mi do podpisania jakąś kartkę w zeszycie i wręcza glejt. Wyobrażasz sobie Mieciu, ja, co to jeszcze matury nie mam noszę na swojej wymiętej koszulce plakietkę press, tak jak dziennikarze renomowanych pism naszych i zagranicznych, czuję się wielki, muszę bardzo uważać, żeby teraz być bardzo grzeczny, zwłaszcza dla tych, którzy na to najmniej zasługują, na tym polega nobilitacja, ach, gdyby Żorż mnie teraz zobaczył, na pewno by zazdrościł, gdzie on się podziewa? Nie czas go szukać, mam taką plakietkę, taki paszport, który pozwala mi się odzywać do kogo zechcę, bez konieczności szukania pretekstu. Ale już chwilę potem moja pewność siebie więdnie, kiedy przypominam sobie, jak swego czasu pewien dygnitarz komunistyczny z kraju Wielkiego Brata, w marynarce obwieszonej od góry do dołu orderami wyszedł na środek ulicy i zatrzymywał samochody, żeby go gdzieś podwieźli. Wszyscy, których udało mu się zatrzymać pukali się w czoło albo używali w stosunku do niego całkiem niewybrednych zwrotów, których biedak pewnie nawet nie rozumiał, a był nawet i taki co mu splunął prosto na te ordery. Ten jednak nie ustępował, wydzierał się władczo na kierowców, groził im w swoim wschodnim narzeczu, wymachiwał pięściami, aż w końcu znalazł się jakiś hipis z rowerem i dredami sięgającymi mu do siodełka, cały obwieszony łańcuszkami i pacyfkami, jak kaplica Matki Boskiej, i do naszego bohatera tak : Nu tawariszcz, u mienia tol’ka rawier, pabiedy niet, no ja was magu padwiezi kuda wy chatitie. Gdy komuch wytrzeszczył na niego oczy, on z uśmiechem dodał tylko: Ja tak prosta liubju liudziej, a ten chcąc nie chcąc, a już trochę stał na tej ulicy, siadł na bagażniku i tak ku ogólnemu zadowoleniu przechodniów pojechali sobie, choć na twarzy komunisty trudno było dostrzec zachwyt.
No dobrze, ale moja plakietka to zupełnie co innego. Nie mam na piersi mieniących się złotem i purpurą bizantyjskich orderów, tylko zwykłą prostokątną plakietkę z napisem PRESS. PRESS znaczy po angielsku prasa, a angielski to język Amerykanów, najbardziej wolnego i przedsiębiorczego narodu świata (tak wolnego, że jak się takiemu Amerykaninowi coś nie podoba, to wyciąga spluwę i dochodzi swoich praw). Wchodzę więc ponownie między ludzi z odmienioną twarzą, już nie kryję się po kątach jak szczeniak, tylko idę prosto na nich, a oni rozstępują się jeśli nie z uznaniem, to przynajmniej bez niechęci. Doceniliby mnie z pewnością bardziej, gdyby nie to, że mój aparat fotograficzny – choć u nas to zupełny top – nie grzeszy profesjonalizmem. Nie tylko nie mam teleobiektywu, ale też żadnej torby fotograficznej, w której mógłbym trzymać filmy i inne obiektywy, spod korpusu mojej lustrzanki zwisa futerał, lampy błyskowej nie udało mi się w sklepie dostać (choć kiedyś przychodziłem o to pytać codziennie), na ramionach tacham harcerski plecak. I to ma być fotoreporter z profesjonalnej gazety? Szczęśliwie nikt jednak nie zwraca na to uwagi, toteż przestaję w końcu się tym przejmować. Wyposażony w mundurek dziennikarski w postaci plakietki, będąc już członkiem wcale nie byle jakiej społeczności, chcę stanąć na wysokości zadania mimo niecałkiem profesjonalnego sprzętu. Z nowym zapasem entuzjazmu biorę się ostro do roboty. Ujęcia z dołu, ujęcia z góry, robotnicy dyskutują, strażnicy lustrują przestrzeń, strażnik z kijem, strażnik z opaską, robotnik z transparentem, robotnik w kolejce do spowiedzi, nawiedzony ksiądz wysłuchujący zwierzeń robotnika. Doskonale panuję nad rytmem czynności, migawka, światło, ostrość, cyk, migawka, ostrość, światło, zmiana filmu, do znudzenia.
Tak, zaczyna być nudno, nic się nie dzieje, nikt nie robi burd, ludzie snują się, modlą, podchodzą do bramy wejściowej i lustrują tajniaków po drugiej stronie, jakaś żona przynosi znużonym bohaterom strawę, robi się sennie, zwyczajnie i banalnie, to wszystko już mam na kliszy, ile można polować na nienaturalne miny przypadkiem utrwalone na fotograficznej błonie, one przecież nic nie mówią poza tym, że wzbudzają zaciekawienie, czasem odrazę, ale treści w tym niewiele. Teraz trzeba jakiejś odmiany, w przeciwnym razie nie zrobię niczego więcej niż pierwszy lepszy fotoreporter.
Wiedziony tą myślą oddalam się od głównego tłumu, z tych wszystkich emocji zapomniałem, że od rana nic nie jadłem, tak głód atakuje ze zdwojoną siłą, trzeba się zatrzymać i coś zjeść, czy oni tutaj nic nie mają? Chowam się za jakimś ceglanym murem, w dali statki, rusztowania, rusztowania i dźwigi, a ja sobie kucam i grzebię w plecaku, w którym szczęśliwie znajduję paczkę sucharów i jakąś puszkę. Jakąś bo owinięta jest w biały papier z napisem etykieta zastępcza, bez wskazania zawartości. A jeśli to farba olejna albo klej do butów? Takie rzeczy się zdarzały, niejednemu zgłodniałemu turyście zdarzyło się po przebiciu puszki przeżyć rozczarowanie, które w sytuacjach skrajnego wyczerpania porównać można tylko z otrzymaniem trocin zamiast prezentu na szkolne Mikołajki. Ja jednak jestem szczęściarzem, bowiem po przebiciu pancernej blachy nozdrza przyjemnie łechta mi zapach smalczyku i mięska. Prawdziwa uczta, zmęczenie, jak przed chwilą głód zaczyna brać górę nad emocjami, osuwam się wzdłuż muru i leniwie żuję mięsko i sucharki, zdjęcia muszą poczekać, nic się nie dzieje, przerwa absolutnie usprawiedliwiona.”
| < Poprzednia | Następna > |
|---|

