Rozdział IV

Nadejdą lepsze czasy - Rozdział III

Uwaga, otwiera nowe okno. DrukujEmail

Patrzymy na ściany, zamiast na siebie, a nasze umysły słowa w obrazy zamieniają. Ta historia wciąga z siłą niemniejszą niż czerwone półsłodkie. Miecia wychyla do dna kieliszek i prosi o jeszcze. Stoimy podparci biodrami o parapet okna przestronnego mieszkania Ziemiaka (a raczej jego starych), kolegi ze studiów. Impreza właśnie zaczyna osiągać swoje apogeum, panowie luzują koszule, panie ciskają butami w kąt, wszyscy są już solidnie rozgrzani, całe zresztą szczęście - na dworze siarczysty mróz, trzeba uważać, żeby nie polepszyć komuchom statystyk zgonów przez zamarznięcie. Imprezowiczom udziela się nastrój, w jaki wprawia ich Hot Dog Led Zeppelinów, ach, to już nie spokojne podrygiwanie, to szał, nawet klan filozofów spędzających wszystkie imprezy w WC wyskakuje w podrygach à la John Mayall, nie ma już nieśmiałych, nie ma niedołęg drepcących pod ścianami, skaczą wszyscy, wymachują łapami, kucają, wstają, klęczą, panienki rzucają chustki, panowie odsłaniają torsy, muzyka gra, słodkie szaleństwo, balanga trwa.

A my z Miecią przy parapecie. Podczas opowiadania opróżniliśmy już dwie butelki czerwonego półsłodkiego, pora poszukać nowej flaszki – pewnie znajdzie się w koszu na bieliznę, tam wszyscy chowają na czarną godzinę, wszak czasy ciężkie ze wszystkimi dzielić się nie można, kolejny czarny rok dla zaopatrzeniowców. Mrugam do Mieci, ruchem ręki zapraszam do toalety (przed chwilą opuścili ją filozofowie), siadamy na brzegu wanny, grzebię ręką między nieświeżą bielizną, jest! – czuję wydłużony gładki kształt chłodnej butelki, przyjemne uczucie spełnienia. (Wręczam butelkę Mieci, a sam udaję się na poszukiwanie korkociągu. Trudno przepchnąć się przez tłumek tańczących - teraz leci Abracadabra, nareszcie refren jest zrozumiały, nie jakiś anglosaski bełkot, z którego nie da się zrozumieć nic prócz bejbe i ajlowju. Wkoło bajzel, jak to na imprezie, wszędzie walają się dymiące tlącymi się petami flaszki, korkociągu nie widzę, ale udaje mi się znaleźć jakiś cienki nóż – takie to marne czasy, że trzeba korek wciskać do środka butelki). Gdy wracam, cichnie akurat muzyka i toaleta zapełnia się stałymi gośćmi, czyli filozofami. Jeden z nich zdążył wyrwać Mieci naszą flaszkę i próbuje wcisnąć palcem korek do środka. „Flacha!”, cieszą się myśliciele - oratorzy, a mnie ręce opadają – tyle zachodu na nic. Fortel jednak przychodzi sam, bez wysiłku: „Ziemiak otwiera flachę Jasia Wędrowniczka” drę się żeby przekrzyczeć zgiełk ogólny. „Uaaaa”, wrzeszczą, gdzie ten Ziemiak, choć zapewne nie wszyscy wiedzą, kto zacz, bo przyszli tu z drugiej ręki.

(Ci filozofowie, wyraźnie bardziej obeznani w Platonach i Kartezjuszach niż w życiu praktycznym dają się złapać na fortel ze szkoły podstawowej. W popłochu porzucają nasze czerwone półsłodkie i jak pszczółki do kwiatka wyfruwają w poszukiwaniu obiecanej butelki. Łapię Miecię za rękę, w drugą chwytam wino i wybiegamy na korytarz. Ciągnę ją przez tłumek, wszystko coraz bardziej się kiwa i chwieje, zbliża się faza terminalna pijackiego snu na podłodze. Miecia pcha jakieś drzwi, ciemno tu, okna zasłonięte, światło zgaszone, a odgłosy przyspieszonych oddechów, cichutkich pojękiwań, cmokań, mlaskań i innych nieprzyzwoitości każą nam się czym prędzej wycofać).

- Wynocha! – odzywa się zaraz poirytowany męski głos, nie wiem czyj (Ziemiaka?), bo oczy niezwyczajne takich ciemności. Niepewnie stawiamy kroki do tyłu, ale w ciemności trudno drogę znaleźć. Nie dane mi skończyć opowiadać, w pierwszej chwili myślę, ale nie ta myśl dominuje – to buchająca z tego miejsca lepkość, to ten rozluźniający nastrój burdelu, uczucie niepowtarzalności okazji przygasza analizę rozumu. Z bijącym sercem nozdrzami wyszukuję twarzy Mieci, jej ciepły oddech na policzku, zamykam oczy, pachną fiołki, czy coś podobnego, jej usta otwarte gotowe na zbliżenie. I ten głos, jak gong na śniadanie : „Tymek, a ty kiedy wróciłeś, bo ja byłam w domu tego samego dnia, kiedyśmy się zobaczyli?” Pudło.

- Czy moglibyście wyjść, z góry bardzo dziękujemy – piskliwy damski głos z drugiego kąta, jeszcze sapiący. Miecia łapie mnie za rękę, wychodzimy. Stajemy w korytarzu, troszkę się też zasapałem z tego podniecenia, troszkę mi niezgrabnie się poruszać. Miecia zamyka z tajemniczym uśmieszkiem drzwi. „Nie przeszkadzajmy”, mówi, ale to pierwsze choć nieudane zbliżenie jest mi całkiem na rękę, ba czuję się wreszcie luźny i choć policzki mam gorące, w końcu mogę jej się przyjrzeć z bliska, po raz pierwszy z takiego bliska, bo korytarz choć może nie bardzo wąski, to jest w nim wystarczająco ciasno, wypełniają go tłumy znajomych i przyjaciół, których w życiu nie widziałem i cieszyć by się wypadło, gdyby znał ich Ziemiak. Ta ciasnota jest mi na rękę, powtarzam, przyglądam się ciemnym oczom Mieci, dostojnej, szlachetnej twarzy, wąziutkim usteczkom, a nawet w świetle kinkietu dostrzegam biały puszek na policzku. Prawdziwa uczta dla takiego kochliwego bubka jak ja, ale trzeba się cieszyć z okazji, w końcu od wydarzeń nad morzem minął już ponad rok, rok braku nadziei, czasu tak długiego, że byłbym bliski wymazania jej z pamięci. Pewnego dnia, a było to późną jesienią zeszłego roku, zebrałem się nawet na odwagę i postanowiłem ją odwiedzić w jej mieszkaniu, z którego pamiętałem tylko korytarz, kawałek przedpokoju emanującego kłującą wonią politury, no i rzecz jasna właściciela mieszkania – ale ku wielkiemu rozczarowaniu otworzyła mi jakaś inna osoba, mówiąc, że tu żadna Mercedes nie mieszka. Myślałem wtedy, że pomyliłem piętra, może wręcz domy, obiegłem ulicę w te i we w te, ale niestety wszystko wskazywało na to, że dobrze trafiłem. W końcu zabrałem się do studiowania listy lokatorów i rzeczywiście pod numerem dwudziestym nie było żadnego Jabłonowskiego tylko nagryzmolone niezdarnie, obco brzmiące nazwisko: Wind czy Mind. I tak oto pozostało mi spuścić głowę i pogodzić się z porażką, odtąd nie znałem już nikogo, kto mógłby mi dać jakąkolwiek wskazówkę, gdzie ją znaleźć. Czas mijał, działo się tak wiele, najpierw była mroźna zima, w całym kraju strajkowano, dogadywano się, władza ustępowała, potem się z ustępstw wycofywała, powstały nawet wolne związki zawodowe robotników. Po zimie przyszła wiosna i już jako całkiem bierny świadek ogólnonarodowego zgiełku przeszedłem przez katusze matury, a potem – tak jak większość moich kolegów z klasy - jeszcze pilniej zamknęliśmy się w karcerze przygotowań do egzaminów na studia, uznając, że lepsze to niż przymusowe kamasze. Ale choć większość narzekała, cierpiąc na chroniczne stany depresyjne wywołane strachem przed werbunkiem, dla mnie okres ten był jak strumień zimnej wody na głowę, miłość pozostawiona samej sobie, niedożywiona i porzucona zaczęła ulegać dezintegracji na anonimowe, bezwolne cząstki pierwsze, zresztą szczęśliwie świat jest pełen panien chętnych do konkretniejszej miłości, niż ta, którą sobie uroiłem.

Tak było do czasu, dopóki tydzień temu, Ziemiak przestępując z nogi na nogę na skutym grudniowym mrozem dziedzińcu oblężonego uniwersytetu nie zaczął przebąkiwać, że ma dosyć już strajku, że co za dużo to niezdrowo, że zbliża się 12 grudnia, a to wypada akurat w sobotę i że to są jego dwudzieste urodziny. Mówił, że od wszechobecnego syfu dostał już pryszczy na całym ciele, od miesiąca się nie mył, że czas wreszcie odpocząć, przespać się w łóżku, a nie na podłodze sali prawa karnego, do której jeszcze dwa miesiące wcześniej wchodziliśmy na wacianych nogach, a która teraz była naszym drugim domem. I tak z braku lepszego zajęcia, rozpoczęliśmy nasze destrukcyjne dzieło gaszenia ducha walki wśród znajomych przedstawicieli braci studenckiej, krążąc od wydziału do wydziału po wydeptanych pośród głębokiego śniegu alejkach uniwersyteckiej twierdzy i namawiając ich do przerwy. Okazało się, że nie byliśmy jedyni, którzy marzyli o zawieszeniu choćby na chwilę walki o wolność i demokrację, choć ciężko było ludziom z tego strajku zrezygnować, bo przecież wszyscy, mimo smrodu i biedy jaką tam klepali byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, byli wszak bohaterami, czuli się silni jak czołgi, twardzi jak tarany, nie do pokonania przez zbrojne ramię tego sypiącego się jak kopiec termitów gmachu zwanego komunistycznym państwem. Jednak w pierwszych tygodniach grudnia wszyscy jakoś zaczęli słabnąć, ludzie podobnie jak Ziemiak chcieli się umyć, ogrzać, wrócić na chwilę do normalnego życia – jeśli cokolwiek w tym kraju w ogóle jest normalne. A że pogląd ten zaczęli również dzielić przywódcy strajku, dwunastego ogłoszono jego koniec i tak zakończyła się dwumiesięczna manifestacja ku czci demokracji.

To była pierwsza od dwóch miesięcy sobota poza murami. Gdy tylko wyszliśmy, Ziemiak zebrał od wszystkich monety do automatu telefonicznego i krzycząc nam do zobaczenia wieczorem, ruszył ku najbliższej budce telefonicznej, żeby pospraszać więcej gości, jakby tych, których zdążył sprosić było jeszcze mało.

W ten oto sposób znalazłem się na dwudziestce kumpla z roku, jednej z wielu organizowanych w tych czasach (to jedyna rzecz, na której brak w naszym kraju nie można było narzekać) i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że na imprezie była ona. W jaki sposób Ziemiak znalazł kontakt do Mieci? Wszystko się zaraz wyjaśni - że też tak nigdy nie można po kolei – zapytam ją, jak skończy mówić.

- Ja wyjechałam tego samego dnia, rozumiesz? Papito wysłał po mnie, kiedy zorientował się, gdzie jestem. Jak go kocham, tak powiem ci, że to, co zrobił, to lekka przesada. (Co za zgred ten Papito? Sobie myślę). Tak mówimy na mojego tatę, czy możesz sobie wyobrazić? Niedługo po tym wielkim zamieszaniu, kiedy przemawiał przewodniczący, podszedł do mnie facet z opaską na ręce i powiedział, że ktoś ma dla mnie wiadomość za bramą od ojca, że to coś pilnego. Idę, biegnę do bramy, a tam za kratami jakiś typ w kapeluszu i czarnej marynarce, mimo upału, typowy ubek, mówię ci, aż się go przestraszyłam, a on do mnie : „Czy pani Mercedes Jabłonowska? Proszę pani, mówi ubek, pani ojciec jest chory, kazano mi przekazać pani, że prosi, bardzo prosi, wręcz błaga panią, żeby pani do niego przyjechała do szpitala, nie wiadomo, ile mu dni zostało.” Nogi się pode mną ugięły - dolej mi proszę (nareszcie wcisnąłem ten korek do butelki) - ale coś mnie tknęło i mówię do tego ubeka, że mu nie wierzę, w końcu między nami była krata i mógł mnie całować w cztery litery, ale ten mi pokazuje list od Papita i faktycznie, to jego pismo. Pisze więc tam, żebym, przyjeżdżała, nic się nie martwiła, że tylko trochę z nim krucho. A gdzie mama, myślałam wtedy, dlaczego mama nic nie napisała. Papito dobrze wiedział, jak mi zmiękczyć serce, że jak cokolwiek się mu dzieje - a jest do tego hipochondrykiem – to trzęsę się nad nim, jak nad nikim innym. Co miałam zrobić - zwinęłam manatki, pożegnałam się ze wszystkimi i wyszłam za bramę. A tam od razu facet mnie pod rękę i prowadzi do samochodu. Próbowałam się wyrywać, ale zaraz podbiegł drugi, krzyczałam, że poskarżę się ojcu, ale faceci - fakt, że się starali być delikatni - wsadzili mnie do samochodu i ruszyliśmy. Mówili, żebym się uspokoiła, że jedziemy na lotnisko, a potem do taty. „Wolelibyśmy, żeby źle pani o nas nie opowiadała tacie, papieroska?” Mówię im, że nie palę, ale na to facet wyciągnął do mnie miniaturowe buteleczki koniaczku, schował je zaraz, jakby się pomylił, po czym wyjął buteleczki campari. Musiałam mieć głupią minę, bo ten zaraz wyciągnął ze schowka metalowy kubek i sok pomarańczowy z dewizowego sklepu, i tak jadąc ubecką wołgą piłam ubeckie Campari. Ty Tymek nie wiesz, jak my z mamą kochamy campari, a te dranie doskonale wiedziały, co mają mi dać, żeby potem nie powtórzyć tacie czegokolwiek złego na ich temat, poza tym trzęsłam się ze strachu o Papita i było mi wszystko jedno, chciałam być przy nim jak najszybciej.”

Nie za bardzo wiedziałem, co to takiego to Campari, za to intrygująca stawała się postać ojca mojej Mieci, musiał być chyba kimś bardzo ważnym i to niekoniecznie z tej strony, co trzeba. Już otwierałem usta, żeby zadać pytanie (choć to może nie najlepszy moment), kiedy z ciemnego pokoju schadzek wyszedł facet w nieco rozchełstanej koszuli, którą sobie właśnie wkładał bez pośpiechu do spodni. Spojrzał na Miecię, potem na mnie, potem znowu na Miecię.

- O, tu jesteś, Mercedes, nie wiedziałem, że tu jesteś – porzucił koszulę i objął jej ramie łapą, którą nie wiadomo gdzie przed chwilą trzymał, a mnie zaczęło ściskać w dołku, bo tak zawsze ściska, kiedy zaczynam być zazdrosny – Choć łykniemy coś, może mały taniec, ale Mieci twarz się wydłużyła, uśmiech zniknął, policzki oblał rumieniec furii i pewnie by się na niego rzuciła z pazurami, gdyby nie to, że facet spuścił oczy i w końcu mrugnął do niej niepewnie mówiąc, że zaraz wróci z czymś nadzwyczajnym. Zanim odszedł zdążył klepnąć mnie jeszcze protekcjonalnie po ramieniu (Nie przejmuj się stary, tak to już jest w życiu, chciałby pewnie powiedzieć, ale zamiast tego odbiło mu się i na tym szczęśliwie zakończył, bo mi z nim nie było po drodze).

Z ciemnego pokoju wyłoniła się rozmamłana pani. Rozpijaczonymi rękami niezdarnie wciskała wymiętą koszulkę w przekręconą na opak spódnicę.

- Roman – charknęła trzęsąc się na niepewnych nogach - Roman, ja mam tu jeszcze flaszeczki, Romanku wróć! - Ale Romek nie słuchał, zniknął gdzieś w salonie między tańczącymi, którzy po wcześniejszym nieprzyzwoitym wykwicie form zwolna stygli do stanu petryfikacji. Odchyliwszy głowę do tyłu, narzeczona Romana oparła się ciężko o ścianę i dyszała. Nagle głowa bezładnie gibnęła się jej do przodu i zatrzymała w pół drogi. Zamarła w tej niebezpiecznej pozycji, więc złapaliśmy ją z Miecią za ramiona z zamiarem doprowadzenia do łazienki, ale ta oparła ręce o kolana, chwiejną głowę unosząc ku Mieci. – Posłuchaj, bełkotała, znasz Romka? Tak mi się coś widzi, że ty go znasz. Więc mnie złotko posłuchaj, kocham Romka, jest cudowny, ale to bez znaczenia. – (czknięcie) - Ale ja jestem altru... altruistką, jak Borys Polewoj, ja się dzielę, więc – złapała Miecię za szyję, a lekko śniada twarz Mieci znowu zaczynała nabiegać krwią – więc słuchaj, dobrze ci radzę, nie czekaj dłużej, zaciągnij go do tego ciemnego pokoju i oddaj mu co masz, a nie pożałujesz, zrób to póki jeszcze Romuś ma siłę, przysięgam ci, że jest boski, nigdy czegoś takiego, tego nie da się opisać słowami, o kurwa, Boże, Chryste, nie do wiary, Panno Mario, jestem Andżela – wyprostowała się z trudem i podała rękę Mercedes – a ty?

- Mercedes...

- Że jak? – Rozchyliła nieco przymknięte grawitacją powieki. – Że co? Mercedes? Oooo, kurwa - a ja.... a ja... a ja jestem Żuk, ha, ha, ha, w chichocie sztucznym, chrypliwym, uniosła się, obiła się o stojących w korytarzu i zatoczyła w stronę, gdzie zniknął Romek. Wychyliliśmy kieliszki.

- Znasz go? Z trudem ukrywałem niepokój. Miecia machnęła ręką, a potem odwróciła twarz i niemal niezauważalnie otarła łezkę spod oka.

- No pięknie – powiedziała nieco może płaczliwie (lecz poczytajmy jej to za próbę odzyskania wewnętrznego spokoju) – już się zdążyłam zgorszyć, a teraz ... Na czym to ja, nie dadzą skończyć - uśmiech z wysiłkiem wracał na jej ładną buzię – aha, no więc zawieźli mnie na lotnisko, dolewając campari, a tam wyobraź sobie czekał na mnie helikopter - (rozciera skórę pod okiem) - Stary, rozgracony, komunistyczny helikopter, ale to nic, musiałam lecieć z jakimiś dygnitarzami - (pociągnięcie nosem) - którzy przez całą drogę się do mnie nie odezwali, tylko gapili się przez okno, albo na mnie, albo coś sobie po cichu szeptali, koszmar mówię ci, Tymek, a jak zobaczyłam na lotnisku mojego ojca, który wcale nie był chory, tylko w ten sposób dał wyraz swojej ojcowskiej miłości, to myślałam, że mu oczy wydrapię, zatłukłabym drania, ale on doskonale zna się na mnie i na mojej mamie, i wie, że mu krzywdy nie zrobimy.

Dolałem do kieliszków. „Aha”, pogubiłem się w tym zgiełku myśli i zdarzeń, próbowałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem co, chciałem jak najdalej od zgrzytu, z tym Romanem, tymczasem ten natręt, lowelas, syn badylarza, prywaciarska wywłoka, zaczął machać na Miecię i ją wywoływać, dawał znaki z końca korytarza unosząc dwie szklaneczki z pomarańczowym płynem, kusiło cwaniackie spojrzenie.

- Tymek, przepraszam, że ci przerwę, ale jak się z nim nie napiję, to się nie odczepi... Muszę z nim porozmawiać – szepnęła mi blisko ucha, a jej słowa choć łaskotały przyjemnie, to mi ścisk w dołku spotęgowały jeszcze. Co to za typ ten Romek i jak śmie przerywać mi rozmowę z moją Miecią? (Ach, zawsze tak z tymi pannami, jak już tylko poczują, że mają cię w sidłach, to będą wodzić cię za nos bez końca, aż się spalisz totalnie w wielkim niespełnieniu.) Ale czemu Miecię tak destabilizuje jego osoba, czyżby coś ją z nim łączyło? Tak, to na pewno to, a może... może to ona z nim, tutaj, może oni razem? W każdym razie po ostatnim numerze Romka, wszystko skończone! Tak! Innej możliwości nie ma - obgadują warunki separacji.

Wypijmy za to, myślę i pociągam długi łyk czerwonego półsłodkiego, lepiej Mieciu byś mnie posłuchała, nie tego bubka. Moja historia ma jeszcze parę stron. Posłuchasz? (ale ona słucha Romka, więc ja jeszcze jeden długi łyk). Ciepło. Walnę tego bubka w mordę. Albo nie - opanuję się. Przywołuję wspomnienia. O tym, jak po zjedzeniu mięska z puszki i sucharów przebiegła koło mnie w zaaferowana grupka ludzi, a wśród nich – nie uwierzysz Mieciu - wydało mi się, że dostrzegłem Żorża. Kiedy jednak krzyknąłem jeszcze z pełnymi ustami, nikt mi nie odpowiedział, więc jedyne co mi pozostało – jeśli chciałem liczyć na odnalezienie przyjaciela – to zebrać manatki i pobiec za nimi. Długo na szczęście nie biegłem – zatrzymali się za którymś z kolei zaułkiem niedaleko, a ja razem z nimi. Nie myliłem się – wśród nich był Żorż. Ledwie machnął mi na przywitanie, był zaaferowany na równi ze swymi nowymi towarzyszami. Grupka ekstremistów – choć wtedy nie miałem pojęcia, że to są ekstremiści –zaczęła wyciągać zza pazuch coś białego, potem to rozkładać, potem nabijać na kije, które dopiero teraz dostrzegłem oparte o czerwony mur. Ha, nie czas na refleksję, to była prawdziwa okazja, śmietanka dla fotoreportera, kotlet schabowy w bezmięsny dzień: z zapałem zabrałem się za fotografowanie, wielkie szmaciane transparenty, konkretni ludzie, konkretne hasła – wreszcie coś pikantnego, nie jakieś prośby do Madonny i Boga, ale kwintesencja całego tego zamieszania: „Precz z komuną”, „Na pohybel komuchom”, „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” i piękne zielone drzewko z wiszącym na nim sierpem i młotem. (Tak, tak, to było już ponad rok temu Mieciu – chciałem powiedzieć, ale ona gdzieś pląsała z Romanem, wrrr, może jednak dam mu w ryj – po roku wypełnionym koszmarem egzaminacyjnym, wiele się zapomina, ale teraz te obrazy powracały dyskretnie wzmacniane cudowną mocą czerwonego półsłodkiego.) Byli dosyć hałaśliwi, zupełnie inaczej niż pozostali strajkujący, którzy – może z wyjątkiem kilku zadym, jak ta w której, Mieciu, zobaczyliśmy siebie – emanowali niezwykłą jak na robotników powagą i skupieniem. Dla robotników, to musiał być nie lada wyczyn – tak rzucić się na władzę – oni, których władza szanowała tylko w oficjalnej propagandzie, a w rzeczywistości pomiatała nimi znacznie bardziej niż oficjalnie piętnowanymi inteligentami. Robotnicy ustawiali się w długich kolejkach do spowiedzi, w skupieniu słuchali jąkającego się przewodniczącego, brali to na serio, jak niedzielny serial telewizyjny o wznoszeniu socjalistycznej huty w socjalistycznym czynie społecznym. Ważyli swoją masą, nie hasłami, jakimiś takimi niekonkretnymi, łzawymi, mięczakowatymi.

A ekstremiści, proszę ja ciebie, kawę na ławę, rączki na stół. Ich hasła proste, oczywiste, bezpośrednie, precz, won, dość – czy w końcu nie oto chodzi? Jak długo będziemy przestępować z nogi na nogę, zanim powiemy, czego chcemy? Prawdę trzeba mówić wprost a nie tam ubierać w ładne, wymijające słówka, prawda zmiękczona niepewnością sensu rozpuszcza się i rozdrabnia, efekt końcowy jest mizerny, niepewny. Dlaczego inni nie brali z nich przykładu? A może na widok jednoznaczności tych haseł, podejmą je i robotnicy?

Lecz ja tu się rozpolitykowałem, a przecież, nie taka moja rola. Ja jestem od zdjęć, nie od polityki (i tak niech już zostanie). Tu tyle się teraz dzieje: ekstremiści zaczęli pokrzykiwać i prezentować swe transparenty maszerując w stronę bramy, a tu ci zaraz konkurencja nadbiega ze sprzętem o niebo lepszym od mojego, każdy obwieszony co najmniej dwoma aparatami, jeden z teleobiektywem, drugi z szerokim kątem, a niektórzy nawet po trzy czy cztery, do tego supertorby fotograficzne, takich u nas nie sprzedawali. Podbiegają tłumnie i słychać ten charakterystyczny szczęk markowych migawek, jeden po drugim, ze wszystkich stron, niektórzy robią nawet po kilka zdjęć za jednym przyciśnięciem (w głowach się przewraca na tym Zachodzie), ale na nic ich wspaniały sprzęt, skoro ja tu i tak pierwszy byłem. Musiałem zresztą zrobić na kolegach po fachu wrażenie, jeden z nich pokazał mi kciukiem do góry i uśmiechnął się z uznaniem, czułem jak rosnę w oczach, bo przecież nigdy nie zostałem doceniony przez profesjonalnego fotoreportera. Chwilę potem nadbiegli strażnicy w opaskach, otoczyli ekstremistów, a że nie było ich zbyt wielu, takie trudne to nie było i główny strażnik zaczął na nich wrzeszczeć, że jeżeli nie przestaną swoich wybryków, następnym razem wylecą za mury, nie będzie zmiłuj się, chcą rozwalić strajk, sprowokować komunę do pacyfikacji fabryki i tak dalej. Główny ekstremista próbował wdać się z nim w dysputę filozoficzną, ale robotnik wyraźnie nie miał na to ochoty, albo było to dla niego zwyczajnie zbyt trudne, więc powiedział im, że jak nie przestaną to wyniosą się za kratę.

A Żorż razem z nimi (a ty Mieciu z Romkiem), bo on choć pomyślałby kto, że taki przebiegły, żadnej plakietki nie miał, więc groźba wywózki za kratę dotyczyła także jego. Na razie jednak ekstremiści zabrali się na zwijanie transparentów, strażnicy co prawda chcieli im je zabrać, ale tamci wykpili się jakoś, nawet widziałem, że nasz kochany Żorż przykładał do tego rękę, a potem już za bardzo nie wiem, co się działo, bo poczułem, że ktoś kładzie mi na ramieniu dłoń. „Haj”, usłyszałem za sobą, i przez chwilę myślę, że na pewno jakiś amerykański gangster, tak jest Mieciu na tych wszystkich filmach, kiedy ci facet mówi w plecy „Haj”, to znaczy, że ma w ręku gnata i ci zaraz strzeli w brzuch jak się odwrócisz, więc żeby się odwrócić do niego należy przybrać minę Clinta Eastwooda, wykrzywić gębę w nienawiści, unieść nieco kącik górnej wargi do góry i odpowiedzieć „Juł ferst, Billi”, czy coś takiego, a wtedy – choć twoja harda odzywka zbija go nieco z pantałyku, wystrzeli ci prosto w brzuch, a ty konając powiesz mu jeszcze, że zostaniesz pomszczony i zesztywniejesz z otwartymi oczami.

Niepewnie odwracam się, ale twarz faceta nie przypomina nienawistnej gęby gangstera, o Boże, teraz uświadamiam sobie, że nigdy w życiu nie rozmawiałem z obcokrajowcem i z miejsca dostaję tremy. Ale facet się do mnie uśmiecha, z szyi zwisają mu aparaty, Canon, Leica, co tam jeszcze innego, niezłe cacka, facet wyciąga do mnie rękę, „I’m Bill Lugano from the New York Times”. Prawdę mówiąc już wolałbym, żeby to był gangster i żeby miał pistolet, uwierz mi Mieciu, przynajmniej sytuacja byłaby jednoznaczna, a teraz, co mam mu powiedzieć, że jestem z liceum ogólnokształcącego i razem z kolegą będziemy obwieszać ściany zdjęciami ze strajku? „Jestem z ... New School, New School Times, Tymek, Tymek Szymański”, „Kiedy wywołujesz zdjęcia? on mi na to, no to ja zgłupiałem. Mówię mu, że jak wrócę do domu, to je wywołam, nasza gazeta ma taką małą ciemnię, bo to mała gazeta niezależna, wiesz, jak tu jest trudno. „Mogę ci wywołać szybko zdjęcia i jak będą ciekawe, to moja gazeta opublikuje je, co ty na to?” „O Boże, jasne, wielkie dzięki”, jestem w siódmym niebie to się nazywa solidarność zawodowa. Sięgam do plecaka i wyjmuję papierową torbę ze zrobionymi kasetami filmów. A facet przygląda się nieufnie kasetom z napisem orwo i foto pisane cyrilicą, zaczyna kręcić nosem, więc wyjmuję jeszcze z plecaka swój kapownik, a tam mam zanotowaną temperaturę wywoływania, rodzaj wywoływacza i proporcje rozcieńczenia. Bill jednak macha ręką i mówi, że sobie poradzi. Mówi też, jeśli dobrze rozumiem, a może po prostu źle go zrozumiałem i dlatego moja kariera fotograficzna nie przełożyła się na finansowy sukces – mówi, żeby przyjść do jego hotelu wieczorem, a zdjęcia już będą gotowe i wtedy zastanowimy się, które z nich wybrać do pisma, a które na wystawę. Zaskoczony tempem, w jakim sprawy się tu toczą, potakuję głową, Bill wręcza mi prostokątny kartonik ze swoim nazwiskiem, a na odwrocie gryzmoli nazwę hotelu, „See you soon Teemek” macha na pożegnanie i rusza w drugą stronę.

Jestem wniebowzięty, nie na co dzień jest się werbowanym do nowojorskiej gazety i to nie jako sprzątaczka, jak większość tych naszych rodaków, ale jako merytoryczny pracownik, fotoreporter. Moje nazwisko znajdzie się wkrótce w Ameryce a z Ameryki krok już do sławy światowej, pod zdjęciami obrazującymi wszystkie te niewątpliwie historyczne dla całego świata wydarzenia będzie podpis photo: Tymoteusz Szymański. Biegnę podzielić się moim zwycięstwem z Żorżem, dziękuję ci, o, klaso robotnicza, po twoich plecach powoli wspinam się na stopnie kariery międzynarodowego fotoreportera, Bill na pewno mi coś zapłaci za zdjęcia, może pomoże załatwić paszport i wizę, wstawi się za mną w urzędzie paszportowym, ambasadzie amerykańskiej, a wtedy droga ku wolnemu światu otwarta. „Żorż, Żorż!” rozglądam się dookoła, plakietka press dumnie sterczy na piersi i to trzyma na duchu, „Żorż!”, idę w kierunku, gdzie on zniknął razem z ekstremistami, ale nikogo nie widzę. Zapuszczam się w fabryczny labirynt, tutaj zaczyna się robić już pusto, jakby to było zaplecze tego całego strajkowego świętowania, kluczę i kluczę, w końcu staję naprzeciwko wielkich kadłubów statków otoczonych szkieletem rusztowania, potem dalej w stronę kanału, ale Żorża ani widu ani słychu, kręci się jakiś facet, „Nie widział pan czasem ekstremistów?,” „Kogo?” Macham zrezygnowany ręką, pytam jak wrócić na dziedziniec, macha mi ręką byle jak i wraca do swej krzątaniny, przewala jakieś zwoje lin. Pytam, czy mogę go sfotografować przy pracy i pokazuję na moją plakietkę, facet znowu obojętnie macha ręką, a w kadrze wygląda mi na rybaka a nie na robotnika fabryki statków. I czy ja wtedy mogłem wiedzieć, Mieciu, że zdjęcie rybaka i jeszcze kilka innych niewyraźnych, to będzie jedyny plon mojej wyprawy?

Kluczę dalej i szczęśliwie po jakimś czasie wpadam na Żorża, a ten w roztargnieniu gratuluje mi plakietki, mówię mu o tym, co stało się ze zdjęciami i proponuję, żeby pójść do Billa wieczorem, może Żorż z kolei mógłby zaprezentować, jak mówił wcześniej jakieś propozycje tekstów. „Brawo, brawo”, on mi na to, myślałem, że go to bardziej ucieszy, ale on miał wyraźnie, co innego na głowie.

- Tymek, słuchaj - mówi wciąż w roztargnieniu - wpadł mi do głowy świetny pomysł, to super, że masz tę plakietkę prasową, my jej potrzebujemy, musisz pożyczyć.

- My? To znaczy kto?

- Ja jej potrzebuję Tymek – staje się nerwowy – Tymek nie dyskutuj, to bardzo ważne.

- Co ważne, Żorż? Przyjechałeś tu, żeby pisać artykuły do prasy, zobacz, ja zrobiłem z dziesięć rolek filmu, Bill zabrał je do wywołania,

- Tak, Tymek, ale teraz muszę coś załatwić, proszę, nie utrudniaj, to zdecydowanie ważniejsze! Pożycz plakietkę i nie dyskutuj - zaczyna mi odpinać moją plakietkę prasową, mój awans społeczny i paszport do innego świata – Oddam ci, jak załatwię sprawę. Zbliża do mnie twarz. - Muszę porozmawiać z przewodniczącym, nieważne, bardzo mi potrzebna – odpiął mi plakietkę od koszuli i pobiegł w kierunku dziedzińca.

A to drań z tego Żorża, bałem się być bez plakietki. Psychicznie, a tym bardziej formalnie, nic już mnie nie chroniło przed resztą tutejszego świata, Żorż zbił właśnie szklany klosz, mój komfort psychiczny czyniąc mnie bezbronnym. Teraz każdy ochroniarz może się mną zainteresować, tak jak na początku dnia, i wyrzucić za mury. Pomyślałem, że mógłbym pójść jeszcze raz do pani Mieci, może wydałaby duplikat, ale bałem się, że mnie potraktuje, jak wtedy, zanim pojawił się przewodniczący, bałem się, że zemści się na mnie, za to, że w mojej obecności przewodniczący podważył jej autorytet. Ale jestem głupi, że nie postawiłem się Zorżowi, lecz co mu miałem powiedzieć, to wszystko odbyło się tak szybko. Jesteśmy w końcu kolegami, Żorż na pewno odda tę plakietkę, załatwi sprawę i zaraz będzie z powrotem.

Nie jest mi do śmiechu, jednak macham zrezygnowany ręką, bo i tak mój wpływ na to, co się stanie jest niewielki. Idę się przejść trochę między budynki fabryczne, może jeszcze uda mi się coś sfotografować, coś trzeba ze sobą zrobić. Dochodzę do małego dziedzińca fabrycznego zawalonego jak tu wszędzie jakimś żelastwem. Drzwi do jednego z czerwonych budynków są otwarte, a na schodkach, które do nich prowadzą siedzą jak sroki na drucie jacyś mężczyźni. Palą papierosy. Podchodzę – ha, to oni. To ci ekstremiści, dzięki którym poznałem Billa. Pytam, czy mogę kilka zdjęć cyknąć, ale słyszę kategoryczne nie.

- Coś ty za jeden ?

- Tymek się nazywam, jestem fotoreporterem - chciałem powiedzieć New York Timesa - ale jakoś nie starczyło mi odwagi - Jestem kumplem Żorża, tego małego... widziałem go z wami.

- A, Kurdupla - z twarzy mojego rozmówcy znika nieufność – no, no, niezły z niego zawodnik - dopiero od kilku godzin w organizacji, a już pracuje przy akcji stulecia, nie widziałeś go czasem?

- A tak, widziałem pobiegł właśnie do przewodniczącego, zabrał mi moją plakietkę prasową - usprawiedliwiam mój brak formalnego potwierdzenia statusu, choć nie sądzę, żeby się tym przejmowali.

- A nie mówiłem wam chłopaki? Będą z tego Kurdupla ludzie – klepnął się zamaszyście po udach - Będą z niego ludzie. A ty co? Przyszedłeś wstąpić do organizacji, czy szpiegować?

- Chciałem tylko zrobić trochę zdjęć, czekam na Żorża, żeby oddał mi plakietkę.

- Siadaj brachu, jak ci tam, Zenek,

- Tymek,

- Siadaj Tymku, pogadamy. Papieroska? - Wyciąga do mnie pomiętą paczkę najtańszych bez filtra. Przypalam od niego papierosa uważając, żeby nie zahaczyć o jego bujną brodę utrzymaną w stylu angielskiego ogrodu. Nie mam jednak ochoty siadać.

- Cieszymy się - zaciągnął się głęboko - że chcesz Tymku, Tymoteuszu, do nas przystąpić,

- Niczego nie powiedziałem...

- Potrzebujemy takich jak ty, a Kurdupel mówił, że jest z kumplem, który z chęcią do nas przystąpi, bo ma takie poglądy, że akurat do nas pasują.

Żorż coś takiego mówił? Niemożliwe, Żorż nie mógł niczego takiego powiedzieć, a zresztą...

- Wspaniały dzień, mówię ci Tymek, dwóch nowych członków.

Na próżno próbuję mu wejść w słowo.

- Przedstawmy się może, ja jestem Jaga, to jest Baba, to Dzidek, nasz specjalista od materiałów wybuchowych, podaję rękę chudemu, drobnemu potworkowi w okularach ze szkłami, jak denka od słoików, to jest Igel a to Isztwan - witam się z nimi po kolei, ale wciąż nie wiem za bardzo, o co im chodzi i po co Żorż zabrał mi plakietkę - jeszcze jest Flaga i Drzewce, nierozłączne druhy – pirotechnicy, ale poszli szukać materiałów do bomby. Szkoda, że Dzidek niedowidzi bo byłoby tego więcej, a tak ryzykujemy, że przyniesie nam szczurze jajka zamiast śrub - klepie potworka po plecach. - Posłuchaj mnie Tymoteuszu, wygląda to tak: nasza organizacja jest demokratyczna, ale rządzę tu ja, Jaga, a Baba jest moim zastępcą. Nazywamy się Demokratyczna Grupa Ekstremistyczna, w skrócie DGE, nie chcę cię straszyć, tu może polać się krew. Uśmiecha się do mnie złowrogo, a ja już szykuję się do odwrotu. - Gotowy jesteś na poświęcenia?

- Posłuchaj mnie Jago - robię krok do tyłu mój ton zamiast wyrażać panikę staje się autorytarny, zbyt autorytarny jak dla takiego wodza jak Jaga. Zaraz też Jaga mi przerywa.

- Słuchaj teraz ty! Musisz mi powiedzieć, na czym się znasz.

- Zanim powiem ci, na czym się znam, musimy sobie coś wyjaśnić, Jaga. Nie przyszedłem tu, żeby przystąpić do waszej organizacji. Czekam aż Żorż odda mi moją plakietkę prasową. To wszystko. Jestem z prasy, rozumiesz Jago?

- Dobra – Jagi nie interesował ciąg dalszy – prasa to ważna działka, planujemy też wydawanie podziemnego biuletynu z naszych akcji. Tak, nieźle: za każdym razem kiedy wybuchnie bomba ty będziesz podawał to do publicznej wiadomości a potem opisywał w naszej podziemnej prasie. Git malina! - Jaga skubał nerwowo brodę – Słyszycie panowie? Oto komunikacyjne ramie naszej organizacji, będą pisać potem w prasie: Do akcji przyznała się Demokratyczna Grupa Ekstremistyczna. To mi się podoba – krzyczał, a jego goryle wtórowali mu entuzjazmem.

Zaczynam się bać, w gardle rośnie ciężka gula, muszę zwiewać, tu nie jest bezpiecznie. Jestem jak osaczone zwierze. Drę się, ale strachu nie mogę zagłuszyć, że nie chcę do żadnej grupy, że nic mnie nie obchodzą bomby i nie będę żadnym rzecznikiem prasowym i w ogóle, żeby się ode mnie odwalili. Muszę się odwrócić, inaczej Jaga i jego banda dostrzegą wzruszenie, robię parę kroków – poczekam na Żorża za rogiem, tak będzie lepiej.

Ale ledwie zdążę zrobić krok, jak za plecami słyszę hole, heje i żebym wrócił. Od ptaszków mnie wyzywają, co to wyfrunęły. Rzucam się natychmiast w długą, biegnę po zawalonym żelastwem klepisku, kurz wzniecam, aż nagle coś mi nogę zatrzymuje, lecę na twarz. To już koniec, ci bandyci mnie zlinczują za próbę buntu. Swoją drogą budujące, jacy ludzie chcą zająć miejsce komunistów na stołkach. Chłopaki Jagi nadbiegają, a sam wódz podaje mi pomocną dłoń.

- Myślałem, że ci Kurdupel co nie co wyjaśnił - mówi do mnie podejrzanie łagodnym tonem – Chodź, opatrzymy cię i wszystko ci wyjaśnimy, zrozumiesz szybko dlaczego warto do nas przystąpić.

Jestem poobijany, runąłem w końcu na ziemię, moja lustrzanka wbiła mi się w żebra, daję się podprowadzić przez Jagę do schodków, bo na ucieczkę nie mam teraz szans.

- Posłuchaj Tymoteuszu - Jaga wyjmuje z zielonego, wojskowego chlebaka opatrunki - To nie jest tak, jak ty sobie myślisz. My nie chcemy zabijać. Musisz jednak wiedzieć, że na komuchów nie ma innego sposobu, jak ich zastraszyć. Teraz robotnicy podpiszą z komuną układ. Komuchy przez chwilę posmędzą, jaki to naród jest biedny i jak oni zrobią wszystko, żeby mu pomóc, wymyślą jeden plan antykryzysowy, drugi plan, zmienią nawet swojego pierwszego sekretarza, żeby wyglądało, że się tym bardzo przejęli i że na sercu leży im los narodu, ale tak naprawdę nie zrobią nic. Literalnie nic. Będzie jeszcze gorzej, bo cały ten nieszczęsny kraj sypie się w gruzy, ludziom nie chce się pracować, jeden drugiego oszukuje, władza kłamie, telewizja kłamie, wszyscy oszukują samych siebie, że strajkując coś zyskają, może jedną półniezależną gazetę, może paszporty do szuflady, a może po prostu więcej szynki w sklepie, ale to wszystko, Tymoteuszu. To są półśrodki, które nie doprowadzą do niczego. Dlatego powstała nasza organizacja, rozumiesz? Bo komuchów trzeba trzymać krótko, oni muszą się bać. To my właśnie zasiejemy w nich strach, będą się bali wyjść na ulicę, będą się bali spojrzeć w lustro. Ludzie przestaną wstępować do partii ze strachu, że spotka ich egzekucja. Komuchy zaczną się łamać, nikt nie jest w stanie wytrzymać takiej presji, nawet oni ze swoją armią i policją. Rozumiesz, Tymoteuszu?

Ja chyba śnię, to banda morderców, terrorystów, gdzie ja jestem? Jestem obolały i przerażony, tym co usłyszałem od tego bandyty. Jestem w kiepskim położeniu i chciałbym mu powiedzieć, żeby mnie zabił, a ja i tak nie wstąpię do jego organizacji, ale szkoda mi życia.

- Czy ja dobrze zrozumiałem? Chcesz zabijać ludzi?

- Uspokój się Tymoteuszu. Opatrzymy ci ranę, wszystko będzie dobrze - ale ja wyrywam się z jego łapsk,

- Uspokój się Tymoteuszu, ja nie chcę, ja muszę – Jaga ma minę, jakby chciał parsknąć śmiechem (to chyba sen) - opatrzymy ci ranę, ale ja wyrywam się z jego łapsk.

- Stój! – chwyta mnie za ramię – tak łatwo to ja cię nie puszczę, zaraz pójdziesz i wypaplasz komu nie trzeba. Właściwie to masz wyjście, albo do nas przystąpisz, albo musimy cię zlikwidować – wyjmuje z kieszeni nóż, rękojeść ostrzem wystrzela, chłód ostrza drapie mi gardło– To jak będzie? – bardzo, bardzo nieprzyjemnie, każdy mój ruch może skończyć się fatalnie. Wszystko tu jednak takie nierealne: trudno żebym z nożem na gardle wyglądał majestatycznie, lecz żeby wywoływać śmiech? A tu, co łypnę na twarze moich oprawców, to grymas wykrzywia ich gęby, a może ja oszalałem? A może Jaga zadał już cios i właśnie kończę się wykrwawiać? A może ja już w ogóle nie żyję? (Aaaaaa, krzyczę rozpoznawczo, a krzyk echem o ściany się obija. Jestem, czy mnie nie ma?)

- Zostaw go, Jaga – ha, nie jest źle: Żorż, Żorżyk przyszedł, słyszę jego głos!

Wyzwolone komendą Żorża spod zimnego dotyku ostrza, cudem ocalałe gardło jęło spontanicznie emitować serię nieartykułowanych, donośnych dźwięków, a zaraz też z zakamarków fabryki powyskakiwali liczni strażnicy rzucając się brutalnie na ekstremistów i wychwytując jednego po drugim. Żorż zdawał się wszystkim tym dyrygować, od razu na Jagę, jako na bosa wskazał, toteż Jaga zbyt długo już swobody ruchów nie zaznał. Szybko też powyłapywali pozostałych, tylko – patrzę – jeden gdzieś się tam szwenda poza kordonem: to ten potworek Dzidek podbiegł do sąsiedniego budynku i wybiegł stamtąd zaraz z dymiącym pakunkiem i wymijając zgrabnie kilku strażników, niebezpiecznie zbliżał się do pozostałych. W końcu, gdy był już od nich o kilka kroków, cisnął dymiącą paczką w tłumek i huk się rozległ przeraźliwy pomieszany z jękiem konających. Nic nie widać przez gęsty dym, przystawiam dziwnie lepką rękę do oczu – o Boże, krew mam na piersiach i rękach, słabo mi się robi, nogi dygocą, przewracam się i próbuję skupić się na umieraniu. Wciąż jednak oddycham : ktoś nadeptał mi rękę i czuję ból, mało tego, ból ten powoduje, że zrywam się na równe nogi, znowu się wydzieram, choć nic prócz zdeptanej ręki mnie nie boli. Dym wreszcie opada, a scena przedstawia ganiających we wszystkie strony, wydzierających się pokrwawionych ludzi. Trudno tu znaleźć jakiś sens.

Widzisz, Mieciu – choć Miecia gdzieś z tym Romanem pląsa – byłoby nawet śmiesznie, gdyby nie to, że połowa z obecnych, wyłączywszy rzecz jasna ekstremistów, ale za to ze mną włącznie, była w tamtej chwili bliska ataku serca. Tak, zgadłaś, to nie była bomba igłowa ani odłamkowa ani żadna wodorowa, tylko bomba brudząca wypełniona czerwoną farbą. Zdaliśmy sobie z tego sprawę, kiedy jeden z pokrwawionych strażników rozerwał na piersi koszulę, żeby przyjrzeć się ranom, które w żaden sposób nie mogły powalić go na ziemię. Jego klatka piersiowa była, Mieciu, czysta jak po wyjściu spod prysznica (no, może trochę przesadziłem), najmniejszego zadraśnięcia, w ogóle poza stratami moralnymi nikt niczego innego nie stracił. Nietrudno sobie wyobrazić, w jaka furię wpadli strażnicy - dużo większą, niż gdyby ktoś faktycznie zginął. Zaraz potem rozbiegli się po okolicy, a że wściekłość czyniła ich niepokonanymi, wyłapali jednego po drugim i tylko Żorż niczym bohater wojenny stał na środku placyku z uniesionymi w niedowierzaniu rękami w otoczce opadającego kurzu. Trzęsąc się na ciele i duszy podszedłem do niego chwiejnie, nie miałem już siły mu robić wymówek, cieszyłem się, że jest, bo choć był współautorem tego absurdu, to zawsze swój.

- Mówili, że chcą zlikwidować przewodniczącego, podłożyć bombę, podczas spotkania, które miałem im zorganizować. Więc ostrzegłem przewodniczącego, a raczej szefa strażników, ale to nie są żadni terroryści, to zwykli zadymiarze, hepeningowcy! Z konającego zrobiliby sobie jaja. Skompromitowałem się, sprowadziłem całą straż, a ci oblali nas farbą! Ale ze mnie idiota, Tymek, jestem kretynem.

Dziwne, nigdy nie słyszałem, aby Żorż miał wyrzuty sumienia.

- Choć Żorż - mówię mu na to - pryskamy stąd, może w hotelu, gdzie mieszka Bill, sprzedają alkohol? Łykniemy po maluchu. Zapracowaliśmy na to.

Gdyby ten bubek nie dolewał ci teraz soku pomarańczowego do tego czerwonego trunku, to z pewnością spytałabyś, co z moimi zdjęciami, a ja odpowiedziałbym ci na to, że nie mam pojęcia, bo więcej nie widziałem Billa z New York Timesa. Było już ciemno, kiedy, powłócząc nogami doszliśmy z Żorżem do hotelu, którego nazwę Bill nagryzmolił na prostokątnym kartoniku. Weszliśmy do środka, tu eleganckie, dewizowe wnętrze, za eleganckie jak na nas, w koszulach w czerwone plamy i z harcerskimi plecakami. Chwilę po wejściu do przestronnego hallu, dorwał nas portier i zaczął pędzić na zewnątrz, więc poprosiłem Żorża, żeby dał moją kartę prasową, a w międzyczasie tłumaczyłem mu do kogo przyszliśmy. Żorż w tym czasie wywalił wszystkie kieszenie, zdjął plecak wyrzucił z portek koszulę, ale karty nie znalazł. Ręce mi opadają, ale nie mam siły się na niego drzeć, pokazuję więc portierowi kartonik od Billa, a ten każe nam w końcu położyć plecaki w recepcji i prowadzi korytarzem do restauracji. Pyta nas, który to Bill, a ja nie wiem, bo w restauracji ciemno, ale z kąta słychać anglosaski bełkot więc podchodzę mimo protestów portiera i pytam o Billa z New York Times’a. „Bill? Spytaj tam dalej, mówią mi, tam siedzą Amerykanie”, więc przeciskam się w swojej śmierdzącej koszuli na drugi koniec sali, między stoliki smakowicie zastawione filet mignon w sosie ostrygowym, châteaubriand czy perliczkami w sosie figowym. ‘Bill Lugano, Oh, Bill has left like an hour ago, wyjechał na Zachodnie Wybrzeże, tam mają coś podpisywać, pewnie wróci.” A ja im na to, że filmy, dałem mu swoje filmy do wywołania, miał się ze mną skontaktować. Ale oni rozkładają bezradnie ręce i w końcu chcąc zapewne powrócić do swoich sosów każą zostawić numer telefonu do siebie, a co ja miałem im odpowiedzieć, że nie mam w domu telefonu? Zostawiłem więc adres i tyle widziałem Billa i swoje zdjęcia w New York Timesie. W fabryce nie mieliśmy już czego szukać, więc powlekliśmy się na dworzec i po całonocnej jeździe pociąg dowiózł nas do naszych domów.

I tyle tego. Dla mnie strajk nad morzem się na tym skończył, obrazy przeszłe ustąpiły miejsca mrokowi mroźnej zimy za oknem, tym samym, przed którym tak niedawno staliśmy z Mercedes. No Romuś, twoje pięć minut się skończyło, czas przywalić ci w mordę. Nie będzie tu Szymańskiemu jakiś wsiowy lowelas w drogę wchodził. Odwracam się a tu sytuacja zdążyła się nieco uspokoić. Nieliczni już tancerze przeszli na psychodeliczne Joy Division, a i z tym mieli poważne kłopoty, bo zwieszeni na sobie zwolna rotowali w parach wokół własnej osi. Fotele i część dywanu zajęte przez pijanych i całujące się pary, a tylko z korytarza dochodzi w miarę trzeźwa dyskusja, na temat tego, czy miłościwie panujący generał odważy się wyprowadzić czołgi na ulicę, czy nie. Nawet z chęcią posłuchałbym, ale teraz czekają inne obowiązki. Mam nadzieje, że Miecia nie wyszła (fala strachu jak strzała ciało przeszywa), bo jeśli tak, to wszystko stracone. Ruszam na poszukiwania i kamień nieco z serca spada: widzę ją stojącą w kuchni ze szklanką tego pomarańczowego świństwa, prę prosto przed siebie, kiedy ni stąd ni zowąd wyrasta przede mną jakaś znajoma gęba.

- Zbawco nasz !- mówi rozanielona.

- (Nie teraz. – Próbuję łokciami się przepchać)

- Należy ci się nagroda!

Miecia dostrzegła mnie i daje znaki, że pamięta, ale minę ma nieszczęsną. Próbuję wyminąć człowieka, co mi drogę grodzi, aż rozpoznaję w nim filozofa.

- Przyjdź do kibla, przyjdź, nagroda czeka! – i za rękę mnie chwyta. Widzę, że się nie wywinę (musiałbym i jemu po mordzie dać). Daję się dostojnie doprowadzić do toalety.

- Oooooo – wyją na mój widok – nasz darczyńca, siadaj przyjacielu, ça s’arrose! Niech żyje nasz nowy przyjaciel! Karolu Marksie polej no naszemu Janosikowi, co bogatym zabiera, a biednych ułaskawia, pij przyjacielu, pij i zaraz odpowiesz nam na nasze pytanie. Wypiłeś? To dobrze, zacznę zadawać pytanie ci, ale nie zdziw się, że będę zadawał je słowo po słowie, a między słowami temi ty zapijać będziesz, co byś się z pytaniem oswoił. Wiedz bowiem, iż nasza dialektyka w kryzysie grząskim się pogrąża, przyjacielu! Potrzebny nam jak twój umysł świeży, nieskażony ciężarem wiedzy, jakże olbrzymim, jakże spowalniającym pracę umysłów naszych wielce zagraconych. Pij, a ja pytanie mówić zacznę: Czy. Pij!

- (I co dalej? )

- Pij, przyjacielu!

- (Długie to pytanie? )

- Wypiłeś, dobra: „uważasz”. Pij,

- (Nie mogę!)

- Niedaleki kres drogi twej: „że” dodaję za friko. I mamy już „Czy uważasz, że”. Pij! „Czas”.

- (Co czas?)

- Pij. – a mnie żołądek do gardła podchodzi, chcę zrezygnować, a tu drzwi zakorkowane adeptami Marksa i Engelsa, zresztą widzę już dość niewyraźnie, na nogach trudno ustać.

- Wychodzę – bulgoczę obrzydliwie, pijacko i chcę się zapaść w podłogę, lecz tu mnie ktoś za fraki podchwytuje i szklankę podstawia,

- „Jest”, masz też za friko”.

A wypiję sobie. I tak nie zrozumiem pytania.

– Odpowiem na następne pytanie – bełkoczę. Zdaję się słyszeć, że to już ostatnie słowo i coś o ziarnistości i zapadam się w ciemność, z której mnie ktoś jednak zdołał wyciągnąć. Ciemność we mgłę się zmienia, a za mgłą buty i spódnica z wełny, słyszę swoje imię ale na próżno głowę podnieść usiłuję, szyja zbyt wiotka, jak źdźbło trawy. Światło. Miecia ciągnie mnie zwieszonego na jej ramieniu i każe się do domu odprowadzić, śmieszne, niby jak miałbym to zrobić, a tu ona wkłada na mnie jakieś palto, mówi coś, że nie ma jej torebki, zimną wodą mi twarz leje. Wychodzimy. Wracam nieco do zmysłów, kiedy winda rusza, chcę jej dziękować, ale ona beczy po cichu, na to ja chcę ją pocałować w usta wilgotne, ale nie mogę, więc artykułując z trudem próbuję zagadnąć, a ona mnie przytula tak mocno, sensualnie, że od razu sobie trzeźwy się staję. „To długa historia – szepce – opowiem ci, jak wytrzeźwiejesz”.

Mówią, że trzeźwieje się dopiero rano. Dajemy nura w mróz.