Rozdział V
Nadejdą lepsze czasy - Rozdział IV
Nasze kroki skrzypiały przyjemnie po zmarzniętym śniegu, kiedy szliśmy w kierunku znanym jedynie Mieci, to ona bowiem prowadziła mnie, na wpół bezwładnego, przez wyludnione, skrzące mizernym światłem latarń ulice. Ochoczo tuliłem się w mięciutkie futerko kołnierza jej brązowego kożuszka, spychając ją pod wpływem własnej bezwładności to na ścianę domu, to znów na jakiś zaparkowany samochód. A kiedy energicznymi ruchami ciała próbowała protestować, ja wpadałem w niekontrolowany chichot amatora, którego spotyka nagroda na miarę profesjonalisty.
Brałem więc z tej nagrody ile się dało, chwytałem szczęście pełnymi garściami wdychając z rozkoszą jej zapach, chowając nos przed kłującym powietrzem nocy, jak piesek wąchając jej brodę i usta, a ona, choć bezustannie wybijana z kalwarii marszu, z godnym podziwu uporem trzymała rytm i parła do przodu. Było pusto i głucho i tylko gryząca ciszę muzyka i więdnące echo krzyków za plecami przypominały, że wciąż niedaleko odeszliśmy od mieszkania Ziemiaka. Trudno sobie wyobrazić bardziej romantyczną chwilę: oto mnie, kompletnie zalanego faceta prowadzi wyśniona istota, którą zważywszy na mój ciężki stan mogłem teraz do woli dotykać, wąchać i obejmować bez obawy o protest z jej strony. (Można powiedzieć, że była teraz moja! Zdążyłem nawet zapomnieć o Romanie, choć jeszcze kilka chwil temu postać ta psuła mi dobre samopoczucie. Chciałbym, aby chwile te trwały wiecznie, och, gdybym przynajmniej mógł zapamiętać je jako szczęśliwe!)
Z radości tej i szczęścia aż zachciało mi się podskakiwać, śpiewać i krzyczeć, a ponieważ nic lepszego nie przychodziło mi do głowy zaintonowałem: Wyklęty powstań ludu ziemi, powstańcie... Zaraz też moja ukochana zaczęła mnie uciszać, mitygować, ale wszystko jak wiadomo na próżno, z zalanym w sztok entuzjastą trzeba sposobem, a sposobu Miecia nie znała. Toteż mimo protestów dałem się bez reszty pochłonąć przyjaznej fali rewolucyjnej pieśni, jak wspaniali kompozytorzy musieli tworzyć dzieła, które latami później intonowali nawet tak niechętni ideom Marksa, Engelsa i Lenina, jak my. Ciągnąłem dalej: ...Których męczy głóóóód, myśl nowa... Miecia dalej mnie uciszała, w końcu w bezradności swojej rękę w zamszową rękawiczkę odzianą na do ust mi silnie przycisnęła, lecz czyniąc to straciła na dobre równowagę, nogi jej się panicznie rozjeżdżać zaczęły na oblodzonym w tym miejscu chodniku, wreszcie grawitacja nasza ziemska pchnęła ją plecami na pobliską zaspę a mnie na nią, przy czym ona ręki od ust moich nie oderwała. Leżeliśmy tak przez moment, aż powoli poluźniła ucisk zamszowej rękawiczki, leżałem wgniatając ją całym ciałem w zmarzniętą zaspę, a osi naszych spojrzeń spotkały się i rozstać nie chciały. Przestała wierzgać, osłabła. Czułem jej ciepły oddech, para z jej ust szroniła mi policzki. W końcu uśmiechnęła się szeroko i głosem, którego nigdy bym się po niej nie spodziewał ryknęła: Bój to jest nasz ostaaatni. Nie pozostawało mi nic innego, jak dołączyć się do tego zewu radości, który całkiem podzielałem, sztywność zachowań i wieczna poprawność towarzystwa największego ponuraka przyprawia w końcu kiedyś o mdłości. Krwawy skończył się truuuuud, ...echo niosło pieśń dalej i odbijało się od sennych okien ulicy. Zaśmialiśmy się dudniąco i długo, śmialiśmy się coraz głośniej i zaraźliwiej, a potem wsłuchiwaliśmy się jeszcze w obojętne echo, produkt spontanicznej pracy naszych gardeł. Potem zbliżyłem usta do zmarzniętego puszku na jej twarzy, położyłem swoje wargi na jej. Zamknęła oczy rozchylając wolno usta, już ciepło miało cyrkulować w połączonych obwodach naszych ciał, kiedy w niespokojną ciszę miejskiej nocy wdarł się odległy warkot pojazdu.
Nadjeżdżał autobus. Snopy światła przecięły ciemną materię nocy, po czym znikły za zakrętem. Zepchnęła mnie z siebie gwałtownie. Niezdarnie ślizgając się i chwiejąc, łapaliśmy równowagę, z wysiłkiem pokonując kilkanaście metrów, jakie dzieliły nas od przystanku. Ale nim osiągnęliśmy cel, sterylność zimowej nocy wypełniło życie: żółte światło wnętrza autobusu na przystanku zapraszało nieprzyzwoicie do środka. Pięć sekund później staroświecki dzwonek oznajmił koniec postoju i drzwi z metalicznym trzaskiem zatrzasnęły się nam tuż przed nosem. W takich razach bezradny człowiek podskakuje i wymachuje rękami, mając lichą nadzieję, iż zostanie dostrzeżony przez wszechwładnego kierowcę. Nam się udało: wielki, trzyosiowy przegubowiec, ślizgając się po zmarzniętej jezdni zatrzymał się dziesięć metrów dalej i otworzył swoje przytulne podwoje. Gdy tylko stanęliśmy na schodkach tylnych drzwi pojazd szarpnął ostro pchając nas na ścianę. Mimo to Miecia grzecznie podziękowała, choć uprzejmość kierowców w tych stronach trudno nazwać zwyczajową. (Chociaż, z pewnych względów noc na mrozie mogłaby się okazać owocniejsza niż jazda tym autobusem i przez chwilę żałowałem nawet gestu naszego kierowcy. Wciąż ciężko dysząc, weszliśmy schodkami na podest, było prawie pusto, rzekłbyś autobus widmo, gdyby nie grupka osób, kontynuujących w przegubie jamnikowatego pojazdu gdzieś rozpoczętą imprezę).
- Patrz Arturro, goście ! - krzyknął jeden z nich na nasz widok. – Tu jesteśmy, tu!
Ten pomysł spodobał mi się bardzo, perspektywę kontynuacji wieczoru w autobusie potraktowałem serio. Lecz wbrew postanowieniu nie zdołałem dotrzeć do nowych przyjaciół: autobus gwałtownie skręcił i poleciałem między siedzenia. Pomyślałem, że najwyższy czas o siebie zadbać. Z trudem gramoliłem się spomiędzy siedzeń i nie powiodłoby mi się to, gdyby nie pomoc ukochanej. Usiadła obok mnie, krzycząc do nich, że mam dość.
- Mamy czas, jedziemy do pętli – odkrzyknęli wciąż z tym samym entuzjazmem - Pijemy! Na pohybel generalissimusowi!
- Niech mu piekło ciężkim będzie! - w odpowiedzi ryknęli chórem.
- Mieciu, dokąd właściwie jedziemy? – Objąłem ją ramieniem, które jednak szybko zepchnęła. Patrzyła na mnie z przyjaznym politowaniem.
- Chyba czas się zdrzemnąć. –A mnie przed oczami stanął znowu Roman.
Pytam o Romana, lecz Miecia, jakby nagle słuch straciła. Chcę pytać dalej, ale kierowca skręca nagle i ląduję czołem na zmarzłej szybie. Boli, do tego jeszcze żołądek podchodzi do gardła. Jest mi niedobrze, więc mówię, że chcę do przodu, z drugiej strony przeguba i teraz już słyszy. Wstaje, energicznie łapie mnie za kurtkę. Obraz faluje, w głowie głucho od uderzenia, a kurtka nie jest moja. Dochodzimy do przegubu autobusu. Arturro i jego koledzy tarasują drogę. Nasz opór mięknie wobec ich namolności: pijemy łyk wódki i życzymy śmierci generalissimusowi. Miecia pcha moje wiotkie ciało na przednie siedzenie. Ale nie siada, wygląda przez okno, pochyla się i prostuje, myślę, że szuka naszego przystanku. Lecz jej z oczu dziwnie strachem patrzy, ustami zaś cicho Zbawiciela wzywa i matkę Jego. Patrzę razem z nią przez szybę i nie wiem, czy już mi się film urwał z tego pijaństwa, czy to naprawdę się dzieję, bo takie sceny tylko we śnie się widuje: oto wzdłuż szerokiej ulicy, w którą przed chwilą skręciliśmy rzędem, hen po horyzont, wozy opancerzone, czołgi, wojskowe łaziki, wokół wielki gwar i krzątanina, maszyneria ta jakby szukała szyku, porykuje silnikami, wypuszcza z trzewi dym siwy. Lufy czołgów podnoszą się i opadają, wieżyczki obracają się jakby celu wypatrywały. Jakiś oddział maszeruje w pełnym rynsztunku, zza pleców sterczą lufy karabinów. Szajby dostałem, myślę i już wyrzuty sumienia mnie dręczą, że wypiłem za dużo i delirium mam. Stajemy. Z trudem wstaję, pochylam się, żeby spojrzeć przez przednią szybę, a przed nami inny autobus, a przed tamtym jeszcze jeden. Patrzę na naszych przyjaciół, są na miejscu (tak jakby to działo się naprawdę), a ci jacyś nieruchomi, niedopita flaszka wpół drogi do ust zawisła. Ruszamy powoli do przodu. Nieco nam kamień z serca spada.
- Mieciu, uszczypnij – słowa zbyt ciche nie docierają do niej.
- Ha, może jednak nie będzie egzekucji – w głosie Arturro słychać odprężenie. Uchyla szeroko lufcik w oknie i z entuzjazmem wywrzaskuje, to co się dziś w chwilach radości krzyczy – Precz z komuną! Śmierć ślepowronom! Nasz kierowca daje ostro po hamulcach. Moja osłabiona czerwonym półsłodkim, Jasiem Wędrowniczkiem i wódką ręka nie wytrzymuje ciężaru ciała własnego i pozwala mu na bezwładny lot wprost do otwartej kabiny kierowcy. Uderzam głową w coś twardego, nade mną wrzeszcząca gęba, choć percepcja werbalna nie jest możliwa. Zresztą chwilę później opuszczam klaustrofobiczną klatkę kierowcy. Wypychają mnie stamtąd wściekłe łapy, nietrudno zgadnąć czyje. Nade mną znów cieplutkie światła autobusu. Podnoszą mnie, sadzają, z czoła lepką maź wycierają, śmierdzącą wódką polewają, że aż z bólu podskakuję i to mnie budzi. Z zapałem opieprzają kierowcę, a nad zapitymi głosami męskimi dominuje głos damski.
Człowiek jest cywilizowany i solidarny, myślę, choć ta myśl nie sprawdza się, gdy spojrzeć na nieczułego na krytykę kierowcę, który wyszedł właśnie ze swej nory i zbliżył się do przedniego wyjścia. Huknęła giętka blacha drzwi pod kopnięciem jego buta, syknęła hydraulika, blacha uderzyła o blachę. Rozwarte drzwi odsłaniają czarną dziurę nocy: po drugiej stronie mróz. Przed wejściem do autobusu czterej delegaci władzy ludowej: dwaj mundurowi i dwaj w cywilu. Obojętnym gestem pozdrawiają kierowcę, od nas chcą dokumenty. Powoli, profesjonalnie otwierają zielone książeczki należące do naszych wybitych z transu przyjaciół. Scena się powtarza.
- Co się dzieje, panie władzo? – zapewne pomny niedawnych obelg w stronę ustroju pyta mundurowego nasz autobusowy znajomy, nieco onieśmielony. Ale ten dalej milczeniu lustruje dokument, zdjęcie i jego właściciela. Trzeźwieję: ta kurtka, która ze mnie zwisa nie jest moja, portfel, który wymacałem w kieszeni siłą rzeczy też. Kulę się w sobie, jestem tchórzem. Trzeźwieję po raz drugi: jeżeli Miecia nie wzięła torebki, jesteśmy zgubieni. Delegaci nie wyglądają na żartownisiów. Zbliża się godzina prawdy.
- Dokumenty! – zimnym, obojętnym wzrokiem służbisty gestapowiec w cywilu ogarnia Miecię spojrzeniem.
Zapada cisza.
- Nie mam – Jej niski, przyćmiony głos ma w sobie coś z dzieła sztuki, te słowa jakże odważne w swej prostocie i głębi wpędziłyby w zakłopotanie każdego, kto żywi jakiekolwiek ludzkie uczucia. Miecia podnosi na niego swoje piękne czarne oczy te, które gdy się w nie spojrzy są głębokie jak kosmos, wystarczy w nie zajrzeć by dać się ogarnąć jego czarną materię, wyruszyć w poszukiwaniu pierwszej zamieszkałej planety. Używa tych czarodziejskich oczu, ale on tylko sprzedaje jej ironiczny uśmieszek. – A powinnam? – Ona nie spuszcza wciąż z niego wzroku, on odwraca się do mundurowego. Wyrok zapada szybko i bez ceregieli, egzekucja okazuje się trudniejsza. Miecia traci rezonans wyrywa się i kopie, kiedy próbują zakuć ją w kajdanki. Wykręcają jej ręce, walą pałą. Wyje z bólu (szczęście, że w autobusie zamachnąć się zbyt mocno nie mogą).
- Nie wiecie kim jestem. Mój ojciec to Jabłonowski, z komitetu centralnego – drze się, a delegaci zamiast się przestraszyć wpadają w wyśmienity humor.
- A ja trzymałem generalissimusa do chrztu – gestapowiec wypuszcza krótki śmiech.
Co mam zrobić, rzucić się na nich? Uciekać? Paść na kolana i błagać o litość? Kulę się w sobie. Nie chcę na to patrzeć. Mieciu, jak mi wstyd. I ten twój ojciec jeszcze... Dostaję kopniaka w łydkę. Moja kolej.
- A ty kto jesteś ? Bliski krewny Pana Boga ?
Ciąg dalszy wydaje się oczywisty: nie mam papierów, więc podzielam los Mieci, przytrzymywanej teraz krótko pod rękę przez mundurowego. Nie miotam się jak ona, a i tak obrywam pałą. Wyjmują mi z kieszeni kurtki czyjś portfel, oskarżają o kradzież. Pechowa noc. Miecia próbuje bezskutecznie się za mną wstawić, towarzystwo Artura pod ścianą autobusu z rękami na głowie.
- Co tu się w ogóle dzieje? – wymyka mi się z ust przerażonych, choć nie powinno. Tym bardziej trudno spodziewać się wyjaśnień, które jednak z ust gestapowca padają. Mieszanka patosu, obojętności i chamstwa :
- A co ma się dziać? Wojna! Inne prawa, inne przywileje, inne życie. Dla niektórych – jak dla ciebie i córki pierwszego sekretarza - życie gdzie indziej. Za stalowymi kratkami! Ha, ha. Koniec z waszym wywrotowym bajzlem! Porządek, karność, prostolinijność, oczywistość, partia, socjalizm! Twarda ręka generała! Żadnych tam takich bredni anty, sramty, owamty. (Uskrzydlony wyraźnie swoją mową wzniosłą za pazuchę sięga i broń wyjmuje, lufę krótką przykłada do skroni Mieci. Kulę się w sobie, piskliwy strach we wnętrznościach kwili. Nic nie mogę. Niczego nie zrobię. Zimna, bezduszna stal śmierci wobec secesyjnego wykwitu życia. Oczy Mieci na chwilę robią się wielkie ze strachu, gdy lufa dotyka jej głowy) – A jak się komu nie podoba kula w łeb. – Chwilowa cisza. – No, będzie tego wykładu. – Odsuwa broń od Mieci i chowa pod płaszcz. – Parka do suki. Raz, dwa!
- Pożałujesz, gnoju! – syczy Miecia kajdankami skuta. Ale on niczego nie żałuje i odwraca się do swoich podwładnych.
- Do suki! Resztę spałować i puścić luzem!
Miecię wypychają pierwszą. Upada na wyślizgany śnieg na ulicy. Mnie, o dziwo, udaje się zachować równowagę, z tyłu słyszę krzyki pałowanych kumpli. Próbuję pomóc Mieci wstać, ale jak tu pomóc, kiedy ręce skute stalowymi bransoletami. Słyszę, że Miecia płacze cichutko. Tego już za wiele.
- Proszę pana, czy mógłby pan być grzeczniejszy dla mojej narzeczonej? Może by tak chociaż pomóc jej wstać?
- Teraz inni się wami zajmą – rzuca zza pleców i faktycznie jacyś mundurowi podnoszą Miecię za fraki wloką po śniegu. Do mnie też dopadają i ciągną w drugą stronę.
- My jesteśmy razem! – wyrywam się im z całej siły. Zaskoczeni puszczają. Biegnę za Miecią, która mi ginie za plecami mundurowych. Próbuję ich odepchnąć, ale bezskutecznie. Ich wielkie, zielone plecy są zbyt wielkie. Przewracają mnie. Próbuję jeszcze osłaniać się rękami, ale skute żelazem nie zginają się jak trzeba. I tak długo nie bolało.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|

