Rozdział VI

Nadejdą lepsze czasy - Rozdział V

Uwaga, otwiera nowe okno. DrukujEmail

Nasza misja miała się ku końcowi. Po miesiącach wędrówki przez czarną bezkresną przestrzeń, kiedy nic z wyjątkiem odległych, białych kropek galaktyk nie było w stanie zmącić spokoju kosmicznej nocy, nareszcie pojawiła się iskierka nadziei. Dotarliśmy do jakiejś materii kosmicznej (już zapomnieliśmy, że coś takiego istnieje), układu złożonego z kilku, a może kilkunastu planet krążących wokół dwóch gwiazd. Czując, że jesteśmy uratowani, płaczemy ze szczęścia, padamy sobie w ramiona. Błękitna planeta zasłania już blisko trzy czwarte przedniej lukarny statku.

Komandor będzie z nas dumny: my, załoga Orła 1, jako pierwsi dotarliśmy do (może) zamieszkałego zakątka galaktyki, tak bardzo błękitna kula przywodziła wspomnienie Ziemi. Od dryfującego swobodnie w przestrzeni kosmicznej księżyca, na którym wiele ziemskich lat temu wzniesiono kosmiczną bazę Alfa, dzieliło nas kilka świetlnych miesięcy. „Komandorze Koenig, tu Orzeł jeden, zgłoś się!” „Koenig do Orła jeden, meldujcie!”. „Jesteśmy na trajektorii preorbitalnej, planujemy wejście na orbitę zewnętrzną za około piętnaście minut!”. „Zrozumiałem,” Planeta zajmowała już cały kwadracik okna, teraz można już było wyraźnie odróżnić wielki owalny kontynent od otaczającego go oceanu.

Na konsoli sterowniczej mruga czerwone światełko. Nikt z załogi nie zwraca na nie uwagi: włącza się tak co najmniej raz na dzień, pewnie trzeba wymienić czujnik radaru albo zmniejszyć jego czułość. Jak dotąd nikomu nie chciało się tego zrobić, tyle ważniejszych spraw nas na co dzień pochłaniało. Wcześniej jednak po kilku mrugnięciach gasła. Tak było i tym razem. Tyle, że za chwilę znów się zapaliła, a do tego zawyła syrena alarmowa. Krzyknął ktoś, żeby wyłączyć. Ale ręka bezwładna. Głowa niezdolna do obrotu. Nie mogę oderwać wzroku od błękitnej planety: jest tak piękna, jak utracona Ziemia. Jeśli się nam nie uda wylądować, do końca dni tułać się będziemy w tej beznamiętnej przestrzeni.

Coś przeleciało przed szybą. Z wysiłkiem, ale jednak odwracam głowę w stronę komputera. Alarm meteorytowy. „Orzeł jeden do bazy! Niespodziewany rój meteorów na trajektorii, odbiór, czekamy na instrukcję, odbiór!” Choć procedury są jasne i mam je w małym paluszku, moja pamięć zawodzi. Czy ktoś inny wie, co mam robić? W głośniku trzeszczy, komandor karze wypuścić flarę. Szukam przycisku, naciskam – i nic! Flary nie działają – rozglądam się jeszcze za jakąś instrukcją awaryjną.

Za późno. Pierwsze uderzenie przychodzi od strony lukarny, jeszcze przed momentem wypełnionej błękitem nowego świata. Wstrząs jeden po drugim miota statkiem, siada światło, huczy, wyje zewsząd, pancerną szybę lukarny znaczą nitki pęknięć. Krzyczę, że skafandry włożyć, ale nasz czas dobiegał końca, z okropnym szczękiem i piskiem statek pęka w szwach „Skafandry, dawać skafandry!” Nie ma już na to czasu, statek ulega dezintegracji, nawala wewnętrzna grawitacja, wszystko od plastikowych kubków do map nawigacyjnych fruwa po kabinie. „Komandorze Koenig, spadamy, powtarzam, spadamy!” W słuchawkach znowu chrzęści. „Czy pan mnie słyszy, komandorze?”

I tak zbliżamy się do końca przygody: wpadamy w górne warstwy atmosfery, wielka kula ognia, czekam na ostatni cios, na razie chłodzą mnie płyny z urządzeń hydraulicznych. „Czy Pan mnie słyszy komandorze? Spadamy, to już koniec, koniec z nami. Niech pan powie mojej żonie, niech pan... W słuchawkach głos obcy. „Nazwisko imię, data urodzenia, adres, imiona rodziców”. „To ja, Komandorze, nie poznaje mnie pan? Komandorze to ja, aaaaa.”

Kula światła przede mną i znów ten głos w słuchawkach. To nie komandor, jestem pewien. „Nazwisko, imię, data urodzenia, adres, imiona rodziców”... Jakiś zbiornik na statku znowu poszedł, krztuszę się od cieczy na twarzy, ale jakie to ma teraz za znaczenie? Jeszcze chwila i przestanę żyć, wszystko się sfajczy, nie pomogą pękające zbiorniki z wodą, pędzimy w dół z prędkością kilkunastu kilometrów na sekundę. „Nazwisko, imię, data urodzenia, adres, imiona rodziców” Myślę, że już umarłem, czy to aby nie wrota do raju? Podniesiony na duchu odpowiadam, ale słyszę, jak same samogłoski z ust mi ulatują. Może tu taki język mają, albo też wciąż konam, ogień wargi przypalił, artykulacja niemożliwa. Dwie możliwości, każda bez znaczenia.

Światło namolne się konkretyzuje, przede mną ludzka twarz anioła (nie tak sobie go wyobrażałem). Anioł wręcza mi jakiś patyk. Przypomina archaiczne długopisy.

- Nazwisko, imię, data urodzenia, adres imiona rodziców, umiesz pisać człowieku? - jakaś ręka – chyba wręcz moja – podnosi się z trudem i próbuje chwycić długopis. Trzęsie się niezdarnie stawiając pierwsze litery: T-y-m-o-t-e-u-s-z.

Czego ten facet chce, i kto go tu przysłał? Komandor, czy sam Pan Bóg? Jeśli komandor, to po co mu moje dane?

S-z-y-m-a-ń-s-k-i.

Facet od komandora (a może anioł) chrząka i wykręca numer na cyferblacie telefonu. Prawdziwy rupieć, skąd tu taki telefon? Bezskutecznie próbuję podnieść głowę, żeby przyjrzeć się twarzy anioła, widzę tylko szarawą marynarkę, jakby wojskową.

- Mam go tu – mówi do słuchawki. Zyskuję szerszą perspektywę - ktoś mnie łapie pod ramiona i ciągnie za sobą. Nade mną przez chwilę anioł. Ha! Eureka! Uratowały nas istoty z błękitnej planety, hurra, żyjemy! Wyglądają zupełnie jak my, tylko te mundury mają takie śmieszne, archaiczne – my na Alfie mamy białe kombinezony. Sadzają mnie na jakiejś drewnianej ławce, głowa mi w tył leci, w zimną ścianę wali. Słyszę, że zaraz będzie pogotowie – jak za dawnych czasów przywożą ci lekarzy, żeby cię zabrać do szpitala. U nas szpital zawsze jest na miejscu i nie trzeba jeździć karetką. Tak było na Ziemi. Piękne wspomnienia. Nierealne.

Siedzę z głową opartą o ścianę zimną, naprzeciw mnie ściśnięty tłumek w grubych paltach. Siedzą, międlą w palcach wełniane czapki, potupują nogami. Po korytarzu między ławkami podenerwowani mężczyźni pląsają l’incessant va-et-vient. Kobiety co chwila do ust dymiące papierosy przykładają. (Zupełnie jak na ziemi, jak w kraju, z którego pochodzę, chociaż tak niewiele pamiętam). Co jakiś czas energicznymi ruchami łokci rozpychają się stworki w szarych mundurach. Z paska zwisają im lasery. Brud, smród i tłok. Na Alfie było czyściutko, przestronne białe korytarze. Stworek wrzeszczy na jakąś grubą damę, że jest za gruba, a grubi czekają na zewnątrz. Kurtyna opada na biało.

- Obywatel Szymański?

- Aaaa - słyszę znowu głos z ust moich (moich?), choć chciałem „tak”. Lepiej przestanę się odzywać.

- Może pan wstać o własnych siłach? - Jasne, wyrywa mi się, lecz znów nie tak jak chciałem. Nie łapiąc intencji, faceci w białych uniformach chwytają mnie jeden pod pachy drugi za nogi i nagle czuję, że mój obecny stan, jest tym, nad którym bezskutecznie od dziesiątek lat głowią się największe mózgi bazy, a mianowicie, jako pierwszy z Alfy znajduję się w tunelu czasoprzestrzennym. Lecę szybko i bezwładnie, w uszach jęczy, na próżno wczepiać się pazurami w szare ściany korytarza, na próżno liczyć błyskające u góry galaktyki. Obraz zlewa się w jedną wielką smugę, pędzę szybko i precyzyjnie w nieznanym kierunku, jestem pewien, że tunel ani na chwilę nie straci kontroli nad moim ciałem, ma je w swoich niewidzialnych, silnych rękach. Nie wypuści.

Zwalniamy, przepuszczają mnie przez komorę chłodniczą (stawiam na dezynfekcję), chwilę potem lądujemy na stacji końcowej. Kwarantanna. Każdy, kto kiedykolwiek myślał o tunelach, zdawał sobie sprawę z tego, że po przebyciu w tak krótkim czasie tak wielu lat świetlnych konieczna będzie kwarantanna aklimatyzacyjna, bez niej ryzyko przejścia z jednego świata do drugiego byłoby bliskie stu procentom. Dlatego – „ich” dobre intencje nie budzą wątpliwości – tunel mnie zatrzymał. Nade mną malutkie lampki stacyjnej salki kwarantanny, zza uchylonych drzwiczek wyziera czarna, bezkresna przestrzeń. Jakieś nienajnowsze rurki i urządzenia, zupełnie, jakby cały wysiłek nauki włożono tutaj wyłącznie w tworzenie samych tuneli zapominając o jakości stacji terminalnych. Komandor będzie ze mnie dumny, żeby tylko dali mi nadać wiadomość do niego. Chyba, że wszystko mi się pokręciło. O, są faceci w białych uniformach, przylecieli ze mną. Chciałbym się uśmiechnąć, ale trudy podróży całkiem mnie unieruchomiły. Nade mną jakaś nowa twarz, ludzka, podłysiała, czaszka w prostokątne okulary, krawat w paski poprzeczne, (skąd znam tę twarz?), a obok stoi dziewczyna, usta jej grymaszą niby to w uśmiechu, ale z oczu płyną krople. Nachyla nade mną oczy (skąd ja znam te oczy?), są czarne, głębokie i w dodatku się powiększają, przesłaniają już większą część horyzontu, nagle wszystko zaczyna się trząść, stacją miota na boki (jak to przy starcie w wietrzną pogodę), a ja czuję, że zaczynam w tym wszystkim lewitować, wielkie czarne oczy zaczynają mnie wciągać, nie widzę już żadnego światła, tylko czarne oczy, a potem, jak na początku podróży – czarne, bezkresne przestworza.

Wysłali mnie na inną stację terminalną, tym razem o wiele większą, bo oprócz mnie leżą tu inni pasażerowie. Ich ręce podłączone do przezroczystych rurek, rurki do butelek zwisających ze stojaków. Próbuję dojrzeć, czy mnie tez podłączyli, ale na tym etapie kwarantanny nie jest to możliwe. Wydaje się jednak, że nie jestem odosobniony, bo nad sobą widzę stojak z butelką, w butelce przezroczysty płyn.

Patrzę uważniej. Niektórzy z pasażerów mają dedykowaną obsługę. Młodzi i starzy poprawiają kołdry, głaszczą po czole, gdzie indziej są nawet po dwie osoby z obsługi stacji, jedna trzyma miseczkę z wodą a druga pędzel do golenia i maszynkę. Nieźle to wszystko mają urządzone, też bym chciał mieć taką obsługę, najwyraźniej jednak ci, co z niej korzystają wykupili droższe bilety. Znów próbuję spojrzeć, czy rurki do mnie podłączono, więc skręcam oczy maksymalnie do dołu i dostrzegam, że w nogach mojego sarkofagu siedzi skulona jakaś kobieta. Moja obsługa! Kobieta nie wygląda jednak na zainteresowaną klientem, którym jestem. Jej drobna postać delikatnie unosi się i opada, zupełnie jakby drzemała. Widać takie tu zwyczaje.

Jednak sprawdzę, czy mnie podłączyli do tych rurek - sądząc po innych chyba na końcu rurek są igły, wkłuwane prosto w ciało, a ja nie cierpię, jak mi coś wbijają w ciało i z tym zostawiają. Wzdrygam się, wzrokiem mogę objąć tylko śpiącą mi w nogach postać. Uniosę rękę, myślę, zobaczę co mi robią, ale krzyk słyszę, a ból ciało mi przeszywa. W nogach szamotanina i w ostatnim przebłysku świadomości dostrzegam pochyloną nad sobą twarz kobiety z mojej obsługi, proste szatynowe włosy, wielkie wystraszone oczy, pierwsze zmarszczki na kształtnej twarzy, tak czułej, że zanim znowu siłą wrzucono mnie w czarny korytarz, poczułem, że mi serce mięknie.

***

Długo nad tym myślałem. Ta kobieta jest moją matką. Wszystko jakieś pogmatwane, coś się stać musiało, bo na Alfie mówiono mi, że matka dawno zginęła podczas eksplozji jądrowej na Ziemi. Albo mi kompletnie odbiło. Nie ma żadnej Alfy, brednie o tunelach czasoprzestrzennych to majaki szajbusa. Zabrali mnie do czubków, albo – prędzej - do izby wytrzeźwień. Nie jestem kapitanem Orła 1 z bazy księżycowej Alfa tylko trzeźwiejącym żulem z Ziemi. Za dużo wypiłem i postanowiłem się naćpać – boląca ręka w przegubie to znak. Czas otworzyć oczy, spojrzeć prawdzie w twarz, Tymek. Kac moralny, obciach, jakich mało, niżej niż do izby wytrzeźwień spaść z księżyca nie można.

Jeszcze chwilę kontempluję czerwoną plamę zamkniętych powiek, po czym gwałtownie obnażam narząd wzrokowy. Jest kolorowo, wkoło las kwiatów, jak się dobrze przyjrzeć. Jak to jest z tymi umrzykami? Od dołu je wąchają? Czy od góry? Nie mogę sobie przypomnieć. Działający narkotyk zmusza mnie do zamknięcia oczu. A więc to właśnie widzą uliczne ćpuny, kiedy leżą w cuchnącym rynsztoku. (A przysięgałem sobie tyle razy, że nie wezmę żadnego narkotyku, po tym jak zapaliłem kiedyś indyjskie konopie i nie zdążyłem dobiec do toalety, żeby zwymiotować. Ach Tymek, gdzie twoja silna wola, przez cały dzień wmawiasz sobie, że czegoś nie zrobisz, aż w końcu przed samym zaśnięciem...) Nigdy więcej w życiu. Nigdy więcej narkotyków ani zapijania się na śmierć.

Otwieram znowu, kwiaty nie znikają. Chciałbym się uszczypnąć, zamiast tego wykrzykuję niezmienne to samo zdanie. Aaaa. Głos jest realny, kwiaty nie. Ruch w nogach, powiew wiatru po czubkach kwiatów. Mama wśród kwiatów. Mama, moja ze stacji terminalnej, pochyla się nade mną i rosi twarz ciepłym deszczem. Dlaczego płaczesz, chciałem spytać, bo kto jak kto, ale matka nie powinna płakać przy swoim dziecku, co innego dziecko przy matce. Nic jednak nie mówię, mam przecież defekt wymowy. Mama głaszcze mnie po czole, drapie jak zwykle pierścionkiem. To znak, że to prawdziwa mama i że kwiaty też są prawdziwe.

- Już dobrze – słyszę realny szept mamy – już wszystko będzie dobrze, niedługo pojedziemy do domu, nie potrzebujesz już opieki szpitalnej.

Mam tu wszystko jak na dłoni, całą moją rodzinną rzeczywistość. Prawdziwość matki nie budzi wątpliwości: jest lekarką, co prawda od małych dzieci, ale zawsze – może się mną zająć w domu. Im szybciej z przytułku dla pijaków, tym lepiej. (To się musiała wstydu najeść przeze mnie). W sumie cieszyłem się, że będę przy niej – ze zdrowiem u mnie nienajlepiej, a ona – choć nie należy do potulnych – z pewnością mi ten wybryk wybaczy. (Choć trudno liczyć na szybkie i gładkie rozgrzeszenie. Gdybym był młodszy zarobiłbym na pewno porządną karę. Na szczęście jestem na to za stary, lata spędzone na Alfie wydłużyły mi życie). Matka na pewno o mnie nie zapomni. Co innego ojciec. (Jest inżynierem elektronikiem w jednej z fabryk magnetofonów i spędza całe dnie na dłubaniu we wszelkich zelektryfikowanych sprzętach domowych. Najpierw rozkłada je na czynniki pierwsze po czym z powrotem je składa - mama straciła kiedyś w ten sposób miesięczny zapas parówek z wyłączonego zamrażalnika, a nad naszą rodziną zawisła groźba śmierci głodowej).

- Idę po lekarza synku - powiedziała mama – Daj mi tylko znak, że nie jestem za bardzo rozmazana na twarzy.

Dookoła jej wilgotnych oczu łzy pozostawiły delikatne, szarawe kreseczki. Otarła oczy raz jeszcze wierzchem dłoni, pogłaskała mnie po twarzy i znikła. Zostałem sam z kwiatami, najprawdziwszymi, zmęczenie przykryło mnie wysoką falą, odszedłem w ciemność statyczną, pustą i obojętną.

Wyrzuciło mnie gdzie indziej. Małe pomieszczenie z oknem, w rogu oślepiająca gwiazda, ciepła i przyjazna, zachęcająca do czynu. Oswojony z nowym otoczeniem lekko unoszę głowę: żadnych linek, rurek sznurków. Mięśnie zbolałe jak po meczu w piłkę, tylko ruchy tułowia kłują boleśnie, krtań wydaje głośne jęki. Znajomy zapach kapusty, muszę być gdzieś blisko celu, choć docierałem tu długo i pokrętnie. Mrużę oczy i patrzę w stronę okna, czuję ulgę. Układanka moich losów się wypełnia. Moja tułaczka tu się kończy: jestem u siebie w domu. Krok po kroku, pamięć przywołuje strzępy zdarzeń. Kitwaszą się w barwach abstrakcyjnych, konkretów mało, są za to obrazy nieostre, ale niepodważalne i sensowne. Pryskają, jak bańka mydlana wraz z uderzeniem gongu. Bim, bom, bim, bom dzwoni znajomy dzwonek w moim domu. Ten sam chrobot zasuwy, słowa odbijają się o ściany klatki schodowej.

- A to pan, panie Żorżu – kobiecy głos jest miękki i pogodny – Proszę bardzo, niech pan wejdzie.

Aż tu czuję chłód, który wniósł. Stuka, trzeszczy wszystko po swojemu, palto na wieszaku, buty z nóg ściągane. Ten głos kretyna też mi znany dobrze. Wszystko sobie zaraz odtworzę.

- Przepraszam, że ciemno w korytarzu – mówi mama - ale mąż właśnie sprawdzał instalację elektryczną i poszedł stanąć w kolejce po jakąś część do licznika.

Skrzypią drzwi od pokoju, zza futryny twarz mamy wygląda. Usta jej szeroko rozwarte, ręce załamane. Krzyczy – nie wiem czy przerażona, czy może uradowana, czy wreszcie zwyczajnie zaskoczona, a za nią mała postać nadbiega się wychylić i postać tę znam dobrze. To Żorż, kiedyś student medycyny (a teraz nie mam pojęcia, kto wie, w jakie czasy mnie rzuciło!). Krzyk mamy nie trwa długo, za to Żorż blednie i grymasi. Podchodzi do mnie, z bliska patrzy i szepcze, że mnie tak urządzili, że by nie poznał na ulicy.

- Widziałeś się w lusterku? – dodaje dyplomatycznie, a ja jęki przeczące wydaję, głową poruszam, negacja ból mi sprawia. - Całe szczęście, byle dalej od lustra, byle dalej!

Z trudem artykułuję powitanie, bezskutecznie jednak, bo widzę, jak skonsternowany odczytuje niewyraźne ruchy warg.

- Mówisz już, Tymuś! No widzisz, wszystko będzie dobrze! – zrobił ruch, jakby mnie chciał poklepać, lecz w porę się powstrzymał. – Ale wiesz sam, niełatwo się bohaterem narodowym stać. A o tobie w prasie piszą!

O co mu mogło chodzić, nie rozumiem, minę muszę mieć niepewną, bo przechodzi do demonstracji. Z plecaka zeszyt w plastikowej okładce wyjmuje, ściąga okładkę i wysuwa z jakiegoś dziwacznego schowka, wymięty biało-szary brulion z napisem Zryw wydrukowanym na dziewiętnastowiecznej chyba maszynie drukarskiej, tak bardzo litery są blade. Zaciekawiło mnie to, bądź co bądź.

- I to stary zgadnij, kto napisał ten artykuł, Żorż przystawił mi przed sam nos szarą bibułę z ledwie czytelnym tekstem, tak blisko, że musiałem przymknąć jedno oko, żeby rozszyfrować znaki. Na dole tekstu widniał podpis „Miecia”.

To ta panna z naszej budy, przypominam sobie. Nie wiedziałem, że Żorż ją zna. Patrzy na mnie długo, jakby litościwie.

- Oj stary, musisz jeszcze odpocząć. Dużo odpoczynku, a dojdziesz do siebie. Mam nadzieję, że nie straciłeś pamięci.

A czy ja wiem, Żorż, myślę sobie, dopiero co się obudziłem, widziałem anioły, obce cywilizacje, pilotowałem Orła. Nawet nie wiem, czy na tym samym świecie jestem, na którym się urodziłem. Majaczy mi się jakaś pijatyka, narkotyki niechybnie też były, a efekty są namacalne. Ktoś mi w mordę dał, albo wpadłem pod samochód, skąd mam wiedzieć jak to było. Patrzę na niego niemo, on na mnie, aż weszła mama z dymiącym talerzem.

- Musi trochę przestygnąć. Jak się synku czujesz? - Odstawiła talerzyk na półkę z książkami, zdjęła z niego termometr i włożyła mi w usta. - Wspominacie stare czasy, chłopcy? – Spojrzała z uśmiechem na Żorża i nie czekając na odpowiedź – Chętnie posłucham, to takie dobre czasy.

Żorż zrobił minę głupkowatą i niepewną, gestem ręki wskazując na ucho mamy, ale był na tyle mało dyskretny, że i tak usłyszałem, jak o mojej amnezji szepce. Mama natychmiast uśmiechniętą twarz do mnie odwróciła.

- Musisz odpocząć, Tymusiu. Panie Żorżu, proszę już się z Tymkiem żegnać, musi odpocząć,

Nie lubię, jak się coś przede mną ukrywa. Gestem, słowem niepewnym żądam informacji.

- Odpoczywaj, Tymek. Pan Żorż pójdzie ze mną do kuchni na herbatkę, a ty się prześpij, później porozmawiamy.

- Radio... dajcie...

- Tatuś wyłączył prąd,

- Baterie...

Wymieniają spojrzenia, nic tak nie pobudza wyobraźni jak źle skrywane tajemnice. Stało się coś? Umieram? Świat się kończy?

- Baterie się wyczerpały, synku, a w sklepie dawno nie było dostawy. Poza tym radio nie nadaje, telewizja też.

- Muzyka – stękam z trudem, lecz zrozumiale.

- Chwilowo nic nie ma. Pusto, z wyjątkiem przemówień. Mamy problem, synku, na ulicach pełno wojska i milicji...

- Przeżyliśmy coś w rodzaju apokalipsy – Żorż pospiesza z wyjaśnieniem – najlepiej przeczytaj artykuł Mieci, wszystko zrozumiesz. Albo sam ci przeczytam.

Wzruszam ramionami boleśnie. Nie wiem, co artykuł może mieć do radia bez baterii, ale pozwalam im sobą manipulować. Nic lepszego mi nie pozostaje. Zmęczyli mnie poza tym, mieszanka urojeń i nowin wre w mózgu, moja sytuacja wciąż mętna. Zrezygnowany daję, znak, żeby mnie zostawili samego.

- Czekaj, Tymek, wszystkiego się dowiesz. Zrozum, może o tym nie wiesz, ale jest wojna.

Ostatnie słowa elektryzują mnie poważnie, unoszę boleśnie głowę. Jaka wojna, z kim i o co? Myśli kołaczą się chaotycznie, jak zwykle, tym razem jednak jakby szybciej. I nagle przypomniałem sobie, jak nie dalej niż dwa lata przed zabójczą balangą odkryto jakieś złoża ropy naftowej. Tryskała prostym strumieniem z ziemi zmieniając się od razu w płonącą pochodnię. Pamiętam, że władza pokładała w tym odkryciu wielkie nadzieje, liczyła na to, że nie będzie trzeba importować już ropy do napędzania czołgów i innych na co dzień użytecznych urządzeń. Czy o tę ropę jest wojna?

- Ropa? – dukam z trudem czekając potwierdzenia, zaraz też twarz Żorża nade mną rośnie, przesłania cały widok. Patrzy na mnie długo, jakby chciał ruch warg odtworzyć, wyraźnie bez skutku.

- Powiedziałeś jak?

- Koniec, panie Żorżu, do kuchni zapraszam na herbatkę. - Żorż ustępuje, oddala się. Daję znaki, że chcę czytać. Siada, odchrząkuje.

„13 grudnia godzina 00. Generalissimus ogłasza od dawna zapowiadany stan wojenny. Niewielu go słyszy, bowiem o tej godzinie w sobotni wieczór, większość naszych rodaków albo śpi, albo spędza czas na prywatkach, albo właśnie wyłącza telewizor po zakończonym nocnym filmie. Radio, jak wiadomo też nadaje tylko do północy, więc większość odbiorników jest powyłączana. Słyszą go (a raczej czują jego obecność) tylko ci nieszczęśnicy, którzy niechcący próbują wezwać przez telefon pogotowie albo milicję, gdy ktoś im się do domu włamuje. Na próżno przyciskają widełki aparatu, w słuchawce nie zabrzmi sygnał. Doświadczają go ci, w których mierzy bezpośrednio: członkowie opozycji, szefowie związków zawodowych, osoby niewygodne i niepożądane, łamiące twardą wojskową dyscyplinę, jaka winna panować w każdym narodzie. Generalissimus działa z zaskoczenia. Przecież swoje żołnierskie szlify zdobył, wsławiając się w wielu bohaterskich akcjach. Generalissimus wie, że zaskoczenie zapewnia maksimum sukcesu wojskowej operacji. Po raz pierwszy swą arcygenialną taktykę zastosował już 10 lat temu, dając rozkaz strzelania do robotników, kiedy ci, spiesząc rano do pracy, wychodzili właśnie z podmiejskiej kolejki. Sukces operacji zaskoczył nawet samych twórców. Był totalny i niepodważalny. Po stronie armii Generalissimusa żadnych strat, nie licząc kosztu wystrzelanej amunicji. Po stronie wroga kilkadziesiąt osób zabitych, wielu rannych. Byli tak zaskoczeni, że nawet nie zdążyli wyjąć broni (Jak wiadomo robotnicy w naszym kraju chodzą uzbrojeni, najczęściej w broń palną). Tej nocy generalissimus, wzorem okupantów sprzed czterdziestu lat, dał rozkaz swoim służbom wtargnięcia w nocy do mieszkań opozycjonistów, ludzi charakteryzujących się tym, iż poddają w wątpliwość genialność wodza, jego partii i reżimu. Wyciągali ich na wpół przytomnych z łóżek i okładając pałkami zaciągali do milicyjnych suk, by następnie wywieźć w nieznanym kierunku. Ich los pozostaje nieznany do dziś, ale widząc, jak generalissimus postępuje z osobami nie mającymi nic wspólnego z działalnością opozycyjną, należy niestety przypuszczać, że podzielili los rozstrzelanych robotników już ponad dziesięć lat temu. Tego dnia wszyscy bez wyjątku staliśmy się ofiarami reżimu generalissimusa i bohaterami własnych sumień.

Tej pamiętnej nocy wracałam z kolegą z prywatki autobusem. W pewnym momencie do autobusu wsiadło czterech tajniaków i zaczęli sprawdzać dokumenty. Mnie i mojego kolegę, mimo że okazaliśmy dokumenty, zakuto w kajdanki i wypchnięto twarzami wprost na skutą lodem jezdnię. Potem mojego kolegę bito pałkami po twarzy, głowie i brzuchu. Oprawcy połamali mu żebra, wyrwali z zawiasów szczękę, złamali nadgarstek. Wrzucili go jak wór z kartoflami do cuchnącej celi i tak zostawili. Trzeba było nie lada zabiegów i znajomości, żeby zgodzili się przewieźć go do szpitala. Cud, że jeszcze żyje, ale co to za życie. Minęło już kilka tygodni, a on nie odzyskał przytomności. Mój kolega Tymek. Kiedyś młody, przystojny inteligentny mężczyzna, student pierwszego roku wydziału prawa, utalentowany fotografik i muzyk, leży teraz sflaczały na brudnym szpitalnym łóżku, leży i powoli umiera...”

Przerwał lekturę, był poważny, głowa mu się kiwała z góry do dołu, w drzwiach mama nieruchoma.

- Tak było, Tymek, tak było...

Wielkie obrazy, jakby ze snu koszmarnego powoli wracać zaczynają i porządek jakiś ich się tworzy, choć jakby to nie o mnie, jakby z jakiegoś filmu, może książki. Wielkie oczy, w które wpadłem przez nieuwagę, czołgi, żołnierze, światła autobusu, piosenki. Kwiaty też pamiętam, ale to całkiem inna historia, ta działa się na pewno. Patrzę na nich stojących bez ruchu i myślę, że czas na herbatkę. Zamykam oczy i widzę noc.