Rozdział VI

Nadejdą lepsze czasy - Rozdział VI

Uwaga, otwiera nowe okno. DrukujEmail

Dzwonek w drzwiach znowu zadzwonił. Ledwie zdołałem zmrużyć oczy i powrócić do mojego sennego świata, ktoś postanowił mnie z niego wyciągnąć. Po jakie licho? Czy cokolwiek w tym ponoć realnym świecie mogło przewyższać rzeczywistość moich sennych marzeń? Czy ktoś dotąd zaproponował mi coś lepszego niż podróż w kosmos, lot w tunelu czasoprzestrzennym, las wielobarwnych kwiatów? Ledwie otworzyłem oczy po długim śnie, a tu słyszę, że jest wojna, ludzi wsadzają do więzienia albo rozstrzeliwują. Kto wie, co z nimi naprawdę robią? Torturują? Nawet w naszym kraju prawo nie toleruje fizycznych tortur, ale prawo jak wiadomo to jedno, a rzeczywistość, co innego, tym bardziej w stanie wojny. W stanie wojny, jak uczy historia, wszystko jest możliwe, nie pomagają naskrobane kwiecistym językiem konwencje wojenne, bo dlaczegóżby miały skoro wojna jest po to żeby jedni zabijali drugich. Swoją drogą to ciekawe, jak ludzie znani w czasach pokoju jako łagodni i dobrotliwi potrafią przerodzić się w żądne krwi bestie, lubujące się w zbrodni codziennej. Z ostatniej wojny pamiętamy, że ludzie bądź co bądź wykształceni, wrażliwi na piękno i otaczający ich świat, wybuchający rzewnymi łzami na widok chorego na grypę dzieciaka, brali w rękę karabin by dziurawić kulami ciała innych bądź co bądź wykształconych, wrażliwych na piękno i otaczający ich świat. A może zapominamy po prostu o naszym zwierzęcym pochodzeniu? Wszelkimi sposobami chcemy je ukryć począwszy od zasłaniania wstydliwych miejsc na ciele aż do tworzenia praw sprzecznych z naszą krwiożerczą naturą? Może przykazanie „nie zabijaj” to tylko zwyrodnienie, podobnie jak zwyrodnieniem jest wpychanie na siłę niemowlaków do fikuśnych naczyń w poszukiwaniu estetycznych ekscytacji. Może niezachwiana wiara nasza, że w człowieku tyleż dobrego, co złego to zwyczajny kamuflaż w obliczu nagich faktów?

A więc wojna. Zawsze, gdy przyglądałem się życiu ludzi żyjącym przed ostatnią wojną, odczuwałem ulgę, gdy ich data śmierci przypadała przed 1939 rokiem. Znaczyło to, że przeżyli swe życia w błogiej nieświadomości tego, czym była ta wojna, nie musieli wychodzić na ulicę nie wiedząc, czy kiedykolwiek wrócą do domu. Nie musieli patrzeć w wycelowane w nich lufy karabinów, z których w każdej chwili, choćby przez nieuwagę dzierżącego broń mogą serią wylecieć ołowiane, szpiczaste pociski i rozedrzeć w najbardziej newralgicznych miejscach ich wewnętrzne organy, te same, o których tak namiętnie dbał dotąd sztab wysoko wykwalifikowanych lekarzy. A teraz proszę: my, rocznik sześćdziesiąty, przez całe życie wychowywani w duchu internacjonalizmu teoretycznego, socjalizmu realnego (socjalizm tak – wypaczenia nie), w poczuciu trwałości pokoju gwarantowanego przynależnością do bloku socjalistycznego, my teraz nagle mamy wojnę. Najprawdziwszą? Dobre pytanie. Czy naprawdę strzelają do ludzi? Czy stawiają ich pod ścianą, nakładają zgrzebne wory i przy dźwięku werbli pakują im kulę w łeb? Jeśli tak, to niepotrzebnie mnie reanimowali.

Póki co zwyczajność hałasów z korytarza przeczy czarnym scenariuszom. Wesoły i rześki rumor, brak doniesień o ruchach wojsk, liczbie zabitych. Ten sam znajomy, rubaszny głos kolegi ze studiów. Ziemiak. Gdzie myśmy się ostatnio widzieli? Przewijam film odtworzonych wspomnień, nieruchome ciało me zimno przeszywa. Powracają głosy i obrazy, wraca smak wypitego alkoholu. Facet dopinający spodnie, twarz kobiety, której coś długo tłumaczę. Chcę wstać.

Próbuję podnieść się do pozycji siedzącej, jednak jedyny skutek, to ostry ból w różnych częściach ciała. W korytarzu mama zdążyła już przeprosić Ziemiaka za brak światła i wytłumaczyć mu, że śpię.

- I tak niewiele pamięta - skwapliwie dodaje Żorż, cała trójka stoi w korytarzu, wyobrażam sobie moją energiczną mamę wieszającą obszerne palto Ziemiaka na wieszaku, Żorża stojącego ze szklanką gorącej herbaty w ręku i olbrzymiego Ziemiaka, którego goryle rozmiary nie ułatwiają mu manewrowania w wąskich korytarzach, owocu architektury masowej.

- Niech pan nie zdejmuje butów, proszę tylko dać plecak, położę go z boku, mówi mama. - Grzechotanie szkła.

- Butelki zbieram - wyjaśnia Ziemiak, a ja idę o zakład, że nie był to odgłos pustych butelek.

Kadr drzwi z trudem mieści wielką postać. Ziemiak przeciska się przez nie jednak zgrabnie i po chwili rozpromieniony księżyc jego twarzy przysłania krótki horyzont.

- On się patrzy! Nie śpi! Tymol! – ryczy mi niemal prosto do ucha. – Mówili mi, że nieco opuchłeś, ale chyba przesadzili. Wyglądasz mi zdrów jak ryba!

Cieszę się, że go widzę. Jego twarz przywołuje wspomnienie lepszych czasów, kiedy byłem w lepszym stanie, a poza tym, jeśli dobrze pamiętam, większość rzeczy, które miałem okazje robić przez te kilka miesięcy odkąd go znałem – było przyjemnych.

- Pamiętasz mnie? Ziemiak jestem, na imię mam Artur, ale o tym nawet moi starzy nie wiedzą. Ha! Ja –wielgachnym paluchem puka się w klatkę piersiową – Ko-le-ga, stu-dia, wy-dział pra-wa i ad–mi-ni-stra-cji, u-ni-wer, grupa, ta sa-ma gru-pa. Rozumiesz stary, rozumiesz coś?

- Człowieku, on rozumie, tylko nic nie pamięta – irytuje się Żorż.

- Nie, nie Tymuś – ciągnie jakby wczuwając się w rolę troskliwego ojca – Nie męcz się, nie musisz nam odpowiadać, jeśli cię to męczy. To mówisz, Mały, że on nic nie pamięta?

- Żorż mam na imię.

- O’key George, ale słyszy, co do niego mówimy?

Próbuję im przerwać, wydaję z siebie słabe dźwięki, ale skutek jest mierny.

- A nie mówiłem, Tymol? Leż spokojnie i nie gadaj, ja ci wszystko opowiem. Zacznijmy od tego jak się nazywasz.

Mama staje w drzwiach z talerzem ciasta i to na moment rozprasza mojego przyjaciela. Co prawda podjął próbę kontynuacji dochodzenia, lecz z pełnymi ustami brzmiał nieprzekonująco, niewyraźnie. (Ten swoisty przypadek schizofrenii aparatu mowy i przewodu pokarmowego ukryć potrafią chyba tylko wytrawni bywalcy salonów. W międzyczasie mama przypomniała sobie o zimnym kleiku, Żorż domagał się o godność dla swego imienia, Ziemiak pluł okruchami ciasta. Ach, za wcześnie się obudziłem.)

- Jeśli wszystko pamiętasz, Tymol – (mama w tym czasie uważnie celowała łyżką w moje obolałe usta) – to na pewno przypominasz sobie nasz strajk na uniwersytecie! Jakie były jaja, a pamiętasz tę rudą, co tam tego, no wiesz. – Zakrztusiłem się, plułem kleikiem dookoła, a przy każdym skurczu w piersiach rwał przeraźliwy ból. Mama i Żorż zaraz wstawili się za mną, piętnując nieodpowiedzialność zdezorientowanego Ziemiaka, który chciał mówić dalej. Gdy ból minął, uśmiechnąłem się w duszy na wspomnienie tajemniczej, ponętnej Rudej, ale też przed oczami stanęła mi inna postać.

- Miecia? – wyszeptałem nie bez trudu a oni we mnie jak na zjawę się wgapiali, być może uznając mnie za pretekst, nie cel wizyty. Mama w końcu straciła cierpliwość, zwymyślała ich, że potrzebuję spokoju, wszystko pamiętam i niedługo z pewnością dojdę do dobrego stanu, o ile nie będzie mi się w tym przeszkadzać. Ziemiak przeprosił i lekko urażony jął szykować się do wyjścia.

- Proszę, nie – mama zaprotestowała energicznie – Mam do panów prośbę: Mój mąż poszedł stanąć w kolejkę po jakąś cholerną śrubkę czy coś tam innego i nie wraca, a na mnie pacjenci w przychodni czekają. Gdybyście zostali z Tymkiem na jakiś czas... Niedługo mąż powinien wrócić.

Dotknięty Ziemiak wahał się, za to Żorż nie miał wątpliwości.

- Proszę się o nic nie martwić, zajmiemy się Tymkiem, jak należy – w końcu jestem studentem medycyny. - Uspokojona mama pożegnała się, a gdy zatrzasnęła za sobą drzwi mieszkania, nastała cisza. Dopiero po chwili zabuczał głos Ziemiaka.

- Mały, jak ty jesteś z medycyny, to powiedz no mi, co mam wziąć na kaca, bo mam ciężki dziś dzień, bardzo ciężki – gestem męczennika przetarł pot z wielkiego czoła, a Żorż patrzył się na niego z wyrazem szczerej pogardy.

- Całkiem nieźle się trzymasz, jak na skacowanego. Wiesz co? Nie mieliśmy jeszcze na ten temat zajęć, ale mam jeden sposób niezawodny. – Wstrzymał głos głupkowato wpatrując się w wyczekującą twarz Ziemiaka. – Zimne piwko! Dużo zimnego piwka!

Marzenie ściętej głowy, zimne piwko – jak wiadomo jeden z najbardziej deficytowych towarów w krainie socjalistycznego szczęścia.

Ale olbrzym bez słowa wstał i wyszedł do przedpokoju. Po chwili wrócił: na małym palcu ręki dyndał mu zielony plecak.

- No toś się zbyt dużo nie nauczył na tych studiach! Nie trzeba iść na medycynę, wystarczy na prawo! – Sprawnie rozsznurował plecak, wyciągnął z niej brązową butelkę, potem jeszcze jedną, chwilę się zawahał, czy nie wyjąć kolejnej, ale w końcu się powstrzymał. Następnie patrząc prosto w oczy niedowierzającego Żorża wkładał szyjki flaszek do ust i wypluwał złote kapsle.

- Zdrówko! – zdążył powiedzieć wręczając Żorżowi butelkę i zanim ten zdołał zareagować wlewał już szerokim strumieniem bursztynowy płyn w rozdziawioną gębę.

- Cudownie – stęknął opróżniwszy butelkę – to właśnie mi się w tym bezsensownym życiu podoba: piwo, kobietki, zabawa, punk’s not dead, chwile są piękne, piękne, wieczność pusta i bezdenna – sięgał już po kolejną butelkę, a jego euforia, poczucie harmonii ze światem chwili, solidarności z ofiarami reżimu pozwalały zdusić negatywne emocje. Usadowił się na krześle:

- Tymol, może piwka? Na pewno bardziej ci pomoże niż te wszystkie chemikalia, prawda Żorż?

Żorż kategorycznie zaprotestował, Ziemiak nie nalegał, myślami błądził już w przeszłości. Pochylił nade mną ziejącą świeżo wypitym piwem twarz i szeptał.

- Pamiętasz Rudą? Rudą pamiętasz? Jak jej tam...

Skinąłem głową.

- No to jesteś całkiem zdrów – wykrzyknął podniósłszy się – Ty to masz szczęście, że na ciebie panienki lecą, a pamiętasz mój numer z endekami?

Pamiętam. Znak, że nie tak źle ze mną. W chaotycznym zgiełku tego dnia próbuję się skoncentrować, uporządkować myśli, odtworzyć kolejność wypadków. Zamykam oczy i widzę ciebie, Ziemiaku, stary druhu, jak kręcisz się między budynkami uniwersytetu, szukając, komu można by tu zrobić numer, z kogo się pośmiać i zdezawuować jego polityczną przynależność. W zasadzie, wiesz dobrze, że zgadzam się z tobą. Mnie też drażniły te wszystkie polityczne frakcje, socjaliści, socjaldemokraci, liberałowie, chadecy, endecy, chrześcijanie, ultra, kontra i mnóstwo innych. Podobnie jak ciebie nonsens i prowizoryczność tego wykwitu form przyprawiała mnie o mimowolne mdłości. Jedni z drugimi prowadzili akademickie dysputy na temat poziomu ochrony socjalnej, wyższości systemu szwedzkiego nad amerykańskim, o tym, kto ma szansę zwycięstwa w wolnych, powszechnych wyborach po obaleniu reżimu. To wszystko mierziło nas po trochu dlatego, że za dobrze nie rozumieliśmy, o co tam do końca chodziło, po trochu dlatego, że my, jako pierwszoroczni potencjalni członkowie takich organizacji, skazani bylibyśmy zapewne na rolę szaraczkowatych członków piątej kategorii, bez prawa głosu. Zresztą trochę to było jak w teatrze. Kiedy wychodzi się z teatru, pozostaje tylko wspomnienie sztuki, a życie powraca na normalne tory. Kiedy oni tak dyskutowali, pienili się, tworzyli schematy wolnego sejmu, plany odtworzenia senatu, przyklejali orłom korony, malowali przepaski i transparenty, za murami komuna trzymała się mocno i niewiele wskazywało na to, że ustąpi na tyle, żeby wprowadzić postulowane zmiany, których sens z łatwością mógłby zresztą rozmyć się w tej kakofonii różnorodnych koncepcji. To prawda - liczyliśmy na to, że reżim trochę zmięknie, ale żeby upaść tak zupełnie - chyba niewielu w to naprawdę wierzyło, choć byli i tacy, co głosili, że duch góry przenosi. Coś w tym było, bo mimo naigrywania się z tych niby partii, nie byliśmy, przynajmniej ja nie byłem przekonany o tym, że słusznie się z nich naigrywałem. Może należało postępować jak oni, podporządkować się którejś frakcji, najbliższej naszych poglądów i trwać w jedności, aż do wyzwolenia spod komuny? Chwilowo jednak wyzwolenie nie nadchodziło, za to mimo szczerych prób spojrzenia na tę namiastkę prawdziwej demokracji, jak to nazywałeś Ziemiaku w sposób poważny, jakoś nie mogliśmy się powstrzymać, żeby nie chować parskających śmiechem ust pod kołnierz na widok narodowych demokratów czy chadeków, którzy z głowami podniesionymi do góry, z wypisaną niewysłowioną dumą na twarzy przechadzali się po dziedzińcu z ogromnymi zwisającymi niemal do pępka krzyżami.

Aż pewnego dnia, kiedy tak chowaliśmy się za węgłem, żeby nie zaśmiać się jednemu, czy jednej z nich w twarz, ty powiedziałeś, że zapisujesz się do narodowych demokratów. Zbaraniałem, bo to ostatnia rzecz, o którą bym cię podejrzewał, ale ty szybko przedstawiłeś mi swój plan. Zataczając się ze śmiechu uścisnęliśmy sobie zamaszyście dłonie i tego samego jeszcze dnia towarzyszyłem ci do pokoju, w którym przyjmowano nowych kandydatów partii narodowo-demokratycznej. „Niech będzie pochwalony!”, powiedziałeś wtedy do brodatego wymoczka o błękitno-bladych oczach siedzącego za stolikiem, na którym stał kartonik z napisem: „Partia Narodowo - Demokratyczna. Przyjmowanie nowych członków.” Wymoczek podniósł na ciebie swoje blade oczęta i odrzekł sucho, że nie są partią wyznaniową. „Ot, to, to ,to, dlatego chciałbym do was przystąpić.” A on ci na to, że trzeba spełnić pewne warunki, po pierwsze wypełnić formularz i zapoznać się ze statutem. „Drobiazg.”, odrzekłeś. A on ciebie, jakiego jesteś wyznania, choć przed chwilą mówił, że nie są wyznaniowi.

- Jakiego jestem wyznania?

Wymoczek całkiem poważnie jął ci wykładać, że inne są formularze dla katolików, inne dla prawosławnych, jeszcze inne dla protestantów, „no chyba że jesteś żydem, wtedy musisz zgłosić się do innej partii, bo to partia chrześcijańska”, uśmiechnął się przy tym ni to łagodnie, ni to złośliwie, a ty śmiechem na śmiech odpowiedziałeś.

- Ha, ha, jakiego wyznania pytasz, to dobre, zdradzę ci, jestem chrześcijaninem!

- Mam nadzieję, ale jakiego wyznania?

- Po prostu: chrześcijaninem, nie muzułmaninem, ani buddystą: chrześcijaninem, do tego niewierzącym.

Z trudem śmiech powstrzymywałeś, a on patrzył na ciebie długo, najpierw z niedowierzaniem, szukając powagi lub kpiny, w końcu słusznie kpinę wyczuwając zawrzał, blade policzki krwią mu nabiegły, ślady przyszłych zmarszczek zorały chudą twarz, która ze świętej w upiorną się przemieniła, wreszcie pewny swego zasyczał jadowicie.

- Przyszedłeś tu kpić ze świętości? Naigrywać się z naszej wiary, religii, co? Imponderabilia hańbić? Nie mam czasu dla takich, jak ty – z miejsca wstał, chcąc ci dopiec jak najgoręcej, w końcu zamaszyście palcem na drzwi wskazał – Wynoś się do tych zdrajców! Socjałów... liberałów... Trojański koniu żydokomuny! Tam twoje miejsce. Zdrajco! Po trzykroć! – Syk we wrzaskliwą wściekłość się przerodził - Przy mnie świętości kalać nie pozwolę! Zakazuję! Won! - wzburzony opadł na siedzenie i próbował wrócić do swoich zajęć, ale ty, gryząc wargi, przerwałeś mu grzecznie.

- W zasadzie to tak bardzo mi nie zależy na przyjęciu do waszej partii, chciałbym mieć tylko taki wielki krzyż, jak wy nosicie, chyba by wam to nie przeszkadzało, gdybym nosił taki krzyż? Powiedz mi, skąd mam wziąć taki krzyż? - Z trudem powstrzymywałeś się od śmiechu, ja też musiałem odwrócić twarz ku ścianie. Wymoczek ponownie się podniósł i utkwił swe blade oczy w twoich, Ziemiaku, bo już był nieco ochłonął. Znów machał rękami, kazał ci się wynosić, groził porządkowymi, skargą do komisji regulaminowej, ale ponieważ nalegałeś, wyzwał cię od grubasów i kazał krzyż z drzewa, wielkiego i tłustego jak ty wyciąć.

Wtedy przestałeś się śmiać. Powoli zbliżyłeś się do niego, ręką za fraki chwyciłeś, podniosłeś nad biurko i tylko dzięki mojej interwencji nie huknąłeś nim o ścianę. W końcu wyniosłeś go przerażonego na zewnątrz i mimo moich protestów, jego nawoływań o pomoc, mimo konsternacji gapiów zaczepiłeś koszulą na czubku najwyższego posągu na całym dziedzińcu, aż dziw, że posąg i koszula wytrzymały. Zrobiło się zbiegowisko, facet twarzą do świata wisiał, nie mógł ani w te, ani we w te, bo przy każdym ruchu, odpruwał mu się kawałek koszuli i ryzykował nieprzyjemny upadek na asfalt. W końcu nie wiadomo jak zszedł stamtąd, bo odciągnąłeś mnie na bok, jak najdalej od zbiegowiska i przedstawiłeś nowy plan: założymy partię ekologiczną.

Żorż kolejny raz przerwał Ziemiakowi opowieść:

- Opowiadaj o Rudej ! – nie ustawał w próbach wydobycia od Ziemiaka informacji intymnych, jego namolność rosła w miarę opróżniania kolejnych flaszek –Tymek, może tym mi wreszcie opowiesz, bo na Ziemiaku nie można polegać?

Nawet gdybym mógł (a nie mogłem), to i tak otwierając szerzej usta udusiłbym się dymem z papierosów. Palili jednego po drugim, nie zważając na to, że gęsty dym gryzł w oczy i zaciemniał obraz. Przede wszystkim jednak nie chciałem: gawędziarstwo paraerotyczne jest wówczas ciekawe, kiedy nie dotyczy własnej osoby.

- Jaki mamy miesiąc? – wyszeptałem bezmyślnie najgłośniej jak mogłem, choć ostatecznie uznałem, że zważywszy na mój stan, pytanie nie było całkiem pozbawione sensu.

- Styczeń... Za miesiąc, dwa będziesz na nogach. Korzystaj póki możesz – podpity już Żorż rozmarzył się – Póki co leżysz sobie w łóżeczku, wkoło ciebie skaczą, twoja Miecia odwiedza cię prawie codziennie, mamusia robi kleiczek, a propos, co z twoim starym, Tymek, ciemno się zaczyna robić, a tu prądu nie ma?

Istotnie, ojciec, który ponoć wyszedł rano, wciąż nie wracał.

- Mam nadzieję... że wszystko z nim w porządku – wyszeptałem.

- A co ma być nie w porządku, Tymek - uspokajał Ziemiak gasząc papierosa. - Stanął w długim ogonku, musiał poczekać na dostawę śrubek, a może w międzyczasie była przerwa obiadowa, no właśnie, skoro o obiedzie mowa, nie obrazisz się jak zajrzymy do lodówki?

- Pisaliście... strzelają do ludzi... aresztują.

- Ale za co, Tymuś, aresztują tylko takich, co coś nabroją, a czy twój dobrotliwy ojciec mógłby coś nabroić? Za śrubki jeszcze po mur nie stawiają, przynajmniej mam taką nadzieję.

Faktycznie, długo już nie czekaliśmy, Żorż nie zdążył ponownie zadać pytania o Rudą, które – jestem o tym przekonany – miał na końcu języka, kiedy w drzwiach zachrobotał klucz i ktoś wszedł do domu.

- Elu, udało się, mam! – Usłyszeliśmy męski głos. Żorż i Ziemiak rzucili się do korytarza.

- Może w czymś pomóc?

- Co takiego? A gdzie Ela? Nie, dziękuję, poradzę sobie. – Nie miałem wątpliwości, że to był mój ojciec, stał teraz zapewne przed skrzynką z bezpiecznikami, nie zdjąwszy nawet płaszcza i grzebał w niej zapamiętale. Pyk, w korytarzyku zabłysło światło, a w kuchni zatrzęsła się przywrócona do życia lodówka. W drzwiach mojego pokoju stanął w rozpiętym płaszczu i w futrzanej czapce na głowie.

- O, Tymek, obudziłeś się już – robił wrażenie, jakby sprawiło mu to radość– Lepiej się czujesz synku? – Rozganiając dym, nachylił się nade mną mechanicznie i pocałował w czoło. – Żeberka bolą? Ręką ruszasz? Nie martw się, do wesela się zagoi! – Klepnął delikatnie po kołdrze i odwrócił się do Żorża i Ziemiaka. – Dzień dobry panowie, no to Tymuś dochodzi do zdrowia, co? – znów rozganiał dym, wpatrując się w nich rozbieganym wzrokiem – Wyobraźcie sobie, że ten cholerny sklep otworzyli dopiero po pierwszej, a potem psia krew, kazali wszystkim czekać w środku dwie godziny na dostawę! Co za cholerny kraj! Niby wojsko wprowadzili, żeby porządek zrobić, a burdel gorszy jeszcze niż dawniej. No nic. Tymek, czy mama prosiła, żebym ci coś zrobił do jedzenia?

Z trudem zaprzeczyłem głową, ale niepotrzebnie – ojciec zdążył zniknąć za drzwiami, choć chwilę potem był już z powrotem, w ręku trzymał jakiś wiatraczek.

- Patrzcie, co w tym cholernym kraju ludzie wyrzucają na śmietnik! Dobry, nieuszkodzony wiatraczek. I powiedzcie mi, jak ten kraj ma stanąć na nogi? Nie przeszkadzajcie sobie, panowie. Idę! Zrobię wam porządny wentylator, bo udusić się można od tego dymu!

Wyszedł. Nieco skonsternowani Ziemiak i Żorż opadli na krzesła, na pozór zboczyli ze ścieżki myślowej. Żorż szybko jednak odnalazł wątek.

- Ruda, ty chcesz o Rudej... - Ziemiak zapalił papierosa, zaciągnął się, buchnął mu z ust siwy dym – Świństwa ci w głowie tylko, masz racje – to było dość obrzydliwe, przerażające! Zaciągnął się jeszcze raz i powoli wypuszczał dym ku górze. – Zaczęło się od tego, że Tymek – co tu dużo mówić, przystojny z niego człowiek – założył partię polityczną. Jako przewodniczący chciał przygruchać sobie ze setkę panienek. Plan mu jednak nie wyszedł – zgłosiła się jedna. – Ziemniak zachichotał chrapliwie – I do tego ruda!

Należy uznać, że w takich razach protesty nie mają sensu. Jak wiadomo prawda to pojęcie subiektywne a często jedynie siła głosu ma szansę nadać jej status obowiązującej. Doświadczenia bolszewickiej rewolucji uczą, że na wewnętrzny użytek lepiej trzymać się własnej wersji. Pomińmy wersję Ziemiaka i załóżmy, że istnieje historia bliższa prawdy. A oto ona: Następnego dnia rano ustawiliśmy nasz stolik partyjny na korytarzu wydziału prawa, a na stoliku dużą kartonowa tablicę z napisem Krajowa Partia Obrony Owadów i Zieleni Przyjmowanie nowych członków, bo jak argumentował Ziemiak, najwięcej pomocy i wsparcia potrzebuje fauna i flora, o której najłatwiej zapomnieć, to znaczy owady, albo drzewa – jest ich pod dostatkiem i w ogóle prawie nikt się o nie troszczy, z wyjątkiem jednostkowych tak zwanych maniaków. Nasza partia usankcjonuje działalność tychże maniaków, kiedy już dzięki zrozumieniu naszych celów przez większość społeczeństwa urośniemy w siłę i po obaleniu wraz z innymi opozycjonistami komuny wejdziemy do wolnego parlamentu, ba, być może nawet zdobędziemy władzę, by stanąć w obronie najsłabszych i zapomnianych. Bo czyż nie jest tak, że kiedy kłusownik strzela do słonia, to na całym świecie podnosi się larum, że słonie wymrą, ale jak zwyrodniały dzieciak łapie muchę i wyrywa jej skrzydełka, nie dość, że nikt nie zwróci na to uwagi, ale wręcz pogłaszcze szczeniaka po głowie, że zlikwidował muchę, która brzęczy, wyjada fekalia, a potem siada na jedzeniu?

- A przecież, gdyby nie taka mucha, która wyjada gówno, wyobraź sobie jak ten nasz świat by wyglądał? No przecież byłby kompletnie obsrany! Nie mógłbyś przejść przez ulice, żeby nie wdepnąć w gie. Zgadzasz się ze mną Tymek? Mam rację?

No cóż, może nie brzmiało to zbyt poważnie, ale na pewnym etapie zdolni jesteśmy robić tylko niepoważne rzeczy, toteż usiedliśmy z Ziemiakiem za prezydialnym stolikiem i w oczekiwaniu na pierwszych kandydatów zabraliśmy się do tworzenia dokumentacji partyjnej. Najpierw był tekst ślubowania. „Ja, niżej podpisany, uroczyście ślubuję, podporządkować się regułom, zasadom i prawom obowiązującym w Krajowej Partii Obrony Owadów i Zieleni (dalej zwanej KPOOZ), godnie reprezentować jej sztandar (mucha siedząca na gałęzi drzewa na białym owalnym tle, a to z kolei na tle zielonym, z tym, że nikt z nas nie potrafił narysować porządnie muchy, więc skończyło się na symbolicznym szkicu) i godło (mucha w koronie) i dbać o wypełnianie jej ideałów. W szczególności ślubuję dbać o wszystko, co rośnie i żyje, choćby był to najbrzydszy chwast, ślubuję nie dopuszczać – na ile pozwoli mi na to moja wiedza i przebiegłość – do tego, aby ktokolwiek znęcał się nad owadami, zwłaszcza poprzez wyrywanie im skrzydełek i nóżek, nabijanie na igłę...”

- A co z komarami?

No to mamy problem. Spojrzeliśmy na siebie i wybuchnęliśmy wariackim śmiechem, rechotaliśmy jak szaleńcy wzbudzając zainteresowanie wśród osób kręcących się po korytarzu, zaś szczyt sławy (niepowtarzalny) nasza partia osiągnęła w chwili, kiedy tak rechocząc Ziemiak przysiadł na krześle i dygotał na nim w konwulsjach, a w chwilę potem dźwięk naszego śmiechu, który niosło echem po całym budynku oszpecił przykry kiks, efekt pękającego drewna: Ziemiak łupnął swoim wielkim cielskiem w kamienną posadzkę, wywołując salwy śmiechu zaciekawionych niecodziennością sceny gapiów.

- Ty, tłusty niedźwiedziu - krzyknął zanosząc się od śmiechu jakiś niewielki studencina - zamów u rektora stalowe meble, bo zrujnujesz nam wydział!

Ziemiak gramolił się niezdarnie z kamiennej posadzki, a że w takich przypadkach wrodzoną niezdarność potęguje trema wobec niespodziewanej, zbyt licznej publiczności, trudności zaczęły się piętrzyć, dolna kończyna utkwiła mu między nogami połamanego mebla, a to z kolei spowodowało następny upadek i nowe salwy śmiechu w korytarzu. Wokół naszego stolika uformowało się gęste kółko rozbawionych kolegów i koleżanek, którzy z wyszczerzonymi w uśmiechach zębami przyglądali poczynaniom mojego partyjnego towarzysza. Nie miał wesołej miny.

- Który to powiedział? – Stał już, a z nozdrzy kurzyło mu złowrogo – Co, strach cię obleciał, mały gnojku? – Wypatrzył w grupce drobną postać (nie wiem jakim cudem, może po prostu podświadomość kazała mu szukać ofiary znacznie mniejszych rozmiarów). Na widok wściekłości Ziemiaka tłumek się już dezintegrował, gapie stracili ochotę do śmiechu, kurdupel też już się odwracał, kiedy Ziemiak złapał go za fraki.

- Ty to powiedziałeś, mały gnojku? – Ziemiak wpatrywał się przeraźliwie w jego ziemistoszarą twarz – Uważasz, że ładnie tak śmiać z czyjegoś wyglądu? No to teraz ja się z ciebie pośmieję! - Wystawił wierzgającego i piszczącego ze strachu za drzwi, otrzepał ręce. – Ludzie to za grosz kultury w tym kraju... Jednego chama mniej! Podczas gdy ja odstawiałem pod ścianą resztki zniszczonego krzesła, on gotowy już był do dalszej pracy. – Manifest! – krzyknął z zapałem uderzając pięścią w stół, który bez uszczerbku cios przyjął. – Przysięga! Komary!

Siedzieliśmy przy stoliku już od kilku dni, ludzi się trochę wokół kręciło, ale większość z tych, którzy przystanęli przeczytać nasze manifesty, odezwy, ślubowania i regulaminy pukała się w głowę, albo robiła kurtuazyjne kółko na czole, albo wzruszała ramionami, po czym odchodziła bez słowa. Byli też i tacy, którzy przyrzekali, że na pewno się zapiszą, tylko pójdą wcześniej coś załatwić, najczęściej zrezygnować z przynależności do innej partii, ale gdy odchodzili, ślad po nich ginął. Wreszcie zaczęliśmy też agitować wokół budynku, podchodziliśmy do ludzi i namawialiśmy do zapisania się do naszej partii, ale gdy tylko zaczynaliśmy o losie much i krzaków, potencjalni zainteresowani stawali się niewyraźni, marudni albo też szczerze (nazbyt, powiedziałbym) weseli. (Uznawali zapewne, że euforia strajku nie jest jednoznaczna z groteską, którą ich zdaniem sialiśmy, zapominając wszakże, że na świecie nie brak wykolejeńców, co euforię za groteskę biorą).

Toteż trudno ci się dziwić, Ziemiaku, że z dnia na dzień robiłeś się coraz smutniejszy, i choć tłumaczyłem ci wtedy, żebyś się nie przejmował, że to tylko takie żarty, to ty nie słuchałeś, znak, że bardziej wziąłeś sobie do serca tę naszą partię niż była tego warta. Stawałeś się coraz bardziej drażliwy, a w pewnym momencie przestałeś zupełnie żartować, chodziłeś ponury, w końcu powiedziałeś, że mam sam chodzić agitować. A ja ci na to, że może dać sobie spokój i powtórzyłem, że to tylko taka zabawa.

- Ten strajk to też jest zabawa – odpowiedziałeś – wszystko, co się ostatnio wydarzyło, Tymek, w tym kraju, to jedna wielka zabawa w gigantycznej piaskownicy. Powiem więcej: życie to jest jedna wielka zabawa, taka dość brutalna: ludzie tańczą wokół siebie jak te marionetki, od czasu do czasu jedna drugiej w kły przyłoży, kiedy indziej w kły oberwie. A tak naprawdę to wszystko jest bez sensu. Co tu dużo gadać, Tymek idź po raz ostatni na agitę, skołuj nam tu kogoś, bo zwariuję!

(Jakiś czas później zrozumiałem, co tak naprawdę dręczyło Ziemiaka i dlaczego ten mimo grubiańskich pozorów delikatny facet z każdym dniem stawał się coraz bledszy i bardziej ponury. Zrozumiałem to, kiedy po oficjalnym rozwiązaniu naszej partii, przemówił do niej wreszcie i kiedy jego twarz odzyskała tajemniczą radość pełni księżyca. Panna, która to sprawiła, była drobna, o wiecznie rumianej twarzy, dość energiczna. Nosiła na piersiach olbrzymi drewniany krzyż.

- Dopiero potem doszło do mnie, jaki ze mnie był dureń, że ten jej krzyż na piersiach to taki pas cnoty, do którego kluczyk sam Wszechmogący trzyma. Mówię ci, Mały, istna strata czasu i energii – Ziemiak kwitował ją machając Żorżowi papierosem przed twarzą i sięgając po kolejną butelkę. – Za to ta Ruda...)

Ruda miała na imię Jola. To ona o mały włos stałaby się trzecim członkiem naszej idiotycznej partii. Podeszła do mnie w momencie, kiedy z rękami pełnymi propagandowych materiałów gotów byłem raz na zawsze skończyć z agitacją na rzecz naszych idei.

- Chcę zapisać się do twojej partii – usłyszałem i nie byłem pewny, czy słowa te do mnie były skierowane. Nikt dotąd nie wpadł na podobny pomysł. Człowiek wybity z monotonii pustki, może powiedzieć wiele dziwnych słów, z czego większości potem żałuje. Postanowiłem się upewnić, co musiało zabrzmieć głupio.

Patrzyły na mnie czarne roześmiane oczy zwieńczone nie mniej czarnymi, regularnie wygiętymi brwiami. Długie, faliste, rude włosy okalały tę piegowatą twarz z roześmianymi usteczkami małej dziewczynki, spadając na ramiona starannie opatulone czerwoną, puchową kurtką, spod której wyrastał czarny golfik wolny od wszelkich zadr i skaz, po prostu idealny. Wyciągnęła do mnie granatową, wełnianą rękawiczkę, w której chowała swoją niewielką dłoń i chwyciła za jedną z odezw, którą dzierżyłem kurczowo pod ramieniem. „Pokaż, co tu masz”, jej silny zdecydowany głos kontrastował z powierzchownością lalki. Tak, przypominała Barbi o głosie fanfary, której pogłos napełniał tajemnicą opustoszały tego poranka dziedziniec.

- Zapomniałabym, jestem Jola, piąty rok biologii.

- Tymek, prawo, pierwszy rok – uścisnęliśmy sobie dłonie, a ja poczułem, że robię się cały czerwony, bo ni stąd ni zowąd, bez żadnej mierzalnej i logicznej przyczyny, stałem się tak nieśmiały, jak ona pewna siebie, zupełnie jakby tę pewność ze mnie wyssała. Na moje nagłe słabostki nie zwracała jednak uwagi. Czytała nasz manifest z zapamiętaniem, tu, na środku dziedzińca, na stojąco, w ten szary listopadowy dzień zapowiadający obfite, zimne opady deszczu, absolutnie nie nastrajający do uśmiechów, które ku mojej konsternacji puszczała mi od czasu do czasu podnosząc głowę znad zabazgrolonej rozlewającym długopisem kartki papieru. Stała tak przewracając strony, na których my, kompletni dyletanci w kwestii budowy ciała muchy, czy komara, ich zwyczajów, i tak dalej, wypisaliśmy nasze złote myśli, aż w końcu pierwsze krople deszczu zaczęły wsiąkać w papier. Wtedy przestała się uśmiechać, spoważniała, twarz się jej zasępiła. Pogoda nie nastrajała do dłuższej dyskusji, toteż, zaproponowałem jej przejście na nasz wydział i tak kuląc się pod uderzeniami coraz gęściejszych, coraz zimniejszych kropel dobiegliśmy do drzwi wejściowych budynku prawa. W korytarzu na parapecie siedział skulony Ziemiak. Chyba spał.

- Ziemiak! Zobacz kogo nam przyprowadziłem. – Otworzył jedno oko i zlustrował Jolę, gęba mu się rozjaśniała, jego depresyjny nastrój przechodził w radość.

- Ziemiak jestem, Artur Ziemiak, Krajowa Partia Obrony Owadów i Zieleni. Czy szanowna koleżanka ma zamiar do nas przystąpić?

Patrzyła na nas długo, jakby z politowaniem, w końcu zaczęła przecząco kręcić głową.

- Chyba jednak nie.

Wszystko we mnie zwiędło. Śmiejąca się dotąd, dobrotliwa twarz Ziemiaka zastygła w oczekiwaniu krytyki. Byłem przekonany, że mamy pewniaka. Dlaczego?

- To są brednie, panowie – zaczęła powoli, zdecydowanie – to nie ma nic wspólnego z ekologią. Wasz program to idiotyzm. – Jej mocny głos szybko wzbudzał zainteresowanie, wkoło – w bezpiecznej odległości – zebrało się kilka rozweselonych osób. Choć znali nas dobrze i w obawie przed zemstą Ziemiaka zachowywali się dyskretnie, ich twarze wystarczająco jasno wyrażały myśli. Ziemiak schował głowę pod pancerz, wbił ją w ramiona i słuchał. – Tu trzeba konkretów! Czystość środowiska naturalnego! Zakaz wylewu ścieków do rzek i jezior! Zakaz eksperymentów na żywych zwierzętach! Weźcie choćby takie szampony, którymi pewnie od czasu do czasu myjecie sobie głowy (poprawiła swoje puszyste rude włosy), czy wiecie, że są testowane na zwierzętach? Wiele z tych zwierząt cierpi i umiera. Albo te straszliwe doświadczenia na naszym wydziale (oczy zaczęły jej się szklić). Coś tam jeszcze przytaczała, granatowe rękawiczki zataczały ekspresyjne kółka, robiły krzyże i trójkąty, aż wreszcie rzuciła naszymi manifestami i odezwami Ziemiakowi pod nogi, odwróciła się na pięcie i wyszła energicznym krokiem. Spojrzeliśmy na siebie smutno, Ziemiak westchnął ciężko, rzucił groźne spojrzenie w stronę ubawionych gapiów i znów zostaliśmy sami.

- To już nie jest śmieszne, Ziemiaku, zwijamy tę pseudopartię. Może przydamy się do czegoś innego? Może najmiemy się na porządkowych albo do malowania transpartentów? – Ale Ziemiak był obojętny.

- Mieliśmy już ją, Tymek, mieliśmy ją tu, w naszych rękach. Laleczkę tę, piękną, inteligentną, diabelską, ponętną, eeh! Jesteśmy po prostu za słabi, za słabi na cokolwiek!

- To jakaś rozhisteryzowana wariatka, daj spokój, lepiej nie mieć takiego członka w naszej partii. Zwijamy interes! To tylko wygłup Ziemiak, nie przejmuj się. Najśmieszniejsza partia na całym uniwersytecie!

Ziemiak zebrał z posadzki papiery i zaczął je powoli drzeć, jego oczy były smutne, gotowe do płaczu. Pomyślałem, że z nim nie jest dobrze, może potrzebuje odpoczynku – wszystkich nas strajk wykańczał – trzeba zabrać go do domu, żeby wyspał się porządnie, umył, spojrzał weselej na nasz smutny świat. Pomyślałem też, że z drugiej strony, za murami, nie ma nic wesołego, szary, ponury świat ideologicznego raju i choć teraz wszędzie bałagan i strajki, a światło wolności walczy z obskurantyzmem reżimu, szanse na zwycięstwo są mizerne. Tak myślę. Jedyna chwila oddechu, jedyne miejsce, gdzie bawić się można do woli i bez ograniczeń, co do formy i w pewnym sensie treści, jest właśnie tutaj, na uniwersytecie. Wszyscy studenci i wykładowcy razem, z krzyżem czy bez krzyża jesteśmy tutaj ogarnięci straceńczą ideą zwycięstwa, którego nie odniesiemy, ale przynajmniej próbujemy dać szansę marzeniom o innym świecie. Jesteśmy tu kompletnie wolni, wolni od wszelkich ograniczeń systemu, cenzury, możemy krytykować system, pierwszego sekretarza i jego partię uzurpatorów. Silni, młodzi, niepokonani. Spojrzałem z uśmiechem na Ziemiaka.

- Pójdę po nią – powiedziałem głośno i zanim Ziemiak zdążył zareagować biegłem już przez gęstą, lodowatą ulewę w kierunku dziedzińca w poszukiwaniu rudej Joli w czerwonej, puchowej kurtce, czarnym golfie i granatowych, wełnianych rękawiczkach. Woda lała mi się strumieniami na głowę, wlewała się za kołnierz kurtki, byłem całkiem mokry, trudno było cokolwiek dojrzeć przez ten las wody. Czerwony kolor rzuca się w oczy, a że niewiele ludzi przechadzało się w tę słotną pogodę, wypatrzyłem ją, jak stała pod daszkiem biblioteki. Z kimś rozmawiała. Podbiegłem do niej dysząc i cieknąc, a ona wyglądała nie lepiej. Szczękała zębami i pokasływała od czasu do czasu, kiedy mówiła do swojego rozmówcy, jakiegoś dziwoląga z długawą, jasną brodą w berecie i robotniczej, szarej kufajce.

- Chcemy cię prosić o pomoc. – Spojrzała na mnie z lekką pogardą, a facet w kufajce udał, że mnie w ogóle nie widzi. Zapraszał ją do biblioteki, kusił gorącą herbatą, lecz ona mówiła, że musi do śpiwora, inaczej się rozchoruje. Po chwili nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi skuliła się i ruszyła biegiem w swoją stronę. Deszcz tymczasem zmienił się w mokry śnieg, jeszcze zimniejszy, jeszcze ohydniejszy, w gardle drapało pierwsze przeziębienie. Spojrzałem niechętnie na faceta w kufajce i bez słowa ruszyłem za nią biegiem. Biegła szybko, a przez szaro mokrą ścianę deszczu ze śniegiem widać było tylko czerwoną, ruchomą plamkę. Dobiegłem do niej, kiedy otwierała masywne drzwi budynku Biologii. Sapaliśmy. Spojrzała na mnie i gestem wpuściła pierwszego do środka. Po korytarzu kręcili się różni ludzie, na podłogach leżały śpiwory, skwierczały maszynki spirytusowe, pichciły się zupki z torebki, krajobraz jak z górskiego schroniska. Od czasu do czasu, ktoś odrywał wzrok od zajęć, rzucał jakąś uwagę, o paskudnej pogodzie, deszczu, śniegu. Puszyste włosy Joli przylegały mokro do jej głowy i nie mogę powiedzieć, żeby wyglądała brzydko z tymi swoimi czarnymi oczami i kształtnymi brwiami – zwracała uwagę. Klekocząc zębami, trzęsącymi się z zimna rękami wyjęła z kieszeni jakieś duże klucze z drewnianą gruszką i otworzyła nimi malutkie drzwi pod schodami, tak małe, że trzeba było się schylić, żeby wejść do pomieszczenia.

- Mój kolega, Ziemiak, ten, którego poznałaś jest w bardzo kiepskim stanie – zacząłem przeciskając się przez drzwi, ale ona tylko przynagliła mnie i zaraz znalazłem się w środku. Pomieszczenie było znacznie większe, niż można by wnioskować z rozmiarów drzwi. Miało nawet przyjemne, kwadratowe okienko, jasny punkt automatycznie przyciągający wzrok. I pewnie długo wpatrywałbym się jeszcze w to okienko, szukając romantycznych uniesień chwili, gdyby nie to, co zajmowało resztę pokoju. Zacznijmy od podłogi: na deskach, a dokładniej na piankowym materacu leżał równiutko ułożony puchowy śpiwór sarkofag, taki, o jakim każdy ceniący się turysta marzył: z zewnątrz granatowy, w środku czerwony. Jednak w tych dniach śpiwory, choć może nie tak wyszukane, zalegały mniejsze lub większe sale wszystkich wydziałów uniwersytetu i to nie mogło szokować. Ten sympatyczny pokoik asystencki (ciekawe skąd ona miała do niego klucz) miał coś, czego nie widziałem jeszcze w żadnej sali uniwersytetu, szkoły czy schroniska: dziesiątki słoików wypełnionych formaliną w których pływały jakieś organy, ciemnoczerwone wątroby i serca, różowobiałe jelita, a nawet całe zwierzęta, żmije z zygzakami na grzbiecie, czerwone żabki z rozczapierzonymi palcami tylnych łap, wielkie zielone ropuchy wybałuszające swe żółte oczy przez szkło słoika, pomiędzy nimi terraria z żywymi jaszczurkami, obok stłoczone szczury i myszy, wszystko to stało na półkach i biurku ustawionym pośrodku pokoiku tworząc niepowtarzalną atmosferę tego miejsca dla kogoś takiego, kto przyszedł tu wprost w wydziału prawa : od czystej, książkowej abstrakcyjnej teorii do samego serca życia, przy którym wszelkie kodeksy i ustawy wydawały się zabawną fanaberią, snobistycznym wybrykiem. Pokoik był zagracony tymi wszystkimi macerowanymi i żywymi organizmami, jak pokój mędrca książkami. Ten niezwykły urok centrum życia trwającego i byłego urozmaicał wiszący pod sufitem sznurek z suszącą się bielizną, jakimiś swetrami i koszulami.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła Jola, gdy nieco skonsternowany stałem w wejściu była próba ściągnięcia suszących się ubrań, ale zaraz potem z niesmakiem powiedziała, nie wiem czy do mnie czy do siebie (bo sprawiała wrażenie, jakby mnie nie widziała), że niestety nie zdążyło wyschnąć. Rozejrzała się i wreszcie mnie dostrzegła.

- Nie przejmuj się tymi gratami, zawsze były, to pokój mojego promotora. Piszę pracę z psychobiologii o reakcjach stresowych u płazów, siadaj, wstawię wodę na herbatę, ty też nieźle zmokłeś.

Usiadłem na stołku, przy biurku, na którym w niewielkim terrarium czarny skorpion prężył długi, zwieńczony ostrym kolcem ogon. Zerwałem się przerażony, Jola uśmiechnęła się lekko.

- Nie bój się Maciusia! Jest niegroźny, jeśli wiesz jak z nim postępować. Mój profesor trzyma go bardziej jako maskotkę niż obiekt badań naukowych. - przyjemnie zaskwierczała spirytusowa maszynka, a my cały czas dygotaliśmy z zimna, czułem, jak mój mokry sweter przylega mi do pleców i brzucha, brrr, wzdrygnąłem się, skorpion mi zobojętniał. Jola spojrzała na mnie, wsypując herbatę do szklanek.

- Słuchaj, słonko, nie pamiętam jak masz na imię - (Tymek) - Słuchaj Tymek muszę się przebrać teraz, więc albo wyjdź na chwilę albo przynajmniej się odwróć, zaraz dostanę zapalenia płuc.

W porównaniu z korytarzem tu było przyjemnie i cieplutko, toteż grzecznie poprosiłem o prawo do pozostania. Stanąłem twarzą do słoika wypełnionego sercem kaczki, ale już widok pojemnika obok sprawił, że wydałem z siebie jęk obrzydzenia : obok stało akwarium z watą, a po wacie spacerowały czarne, olbrzymie karaluchy przebierając łapami i machając we wszystkie strony swymi obrzydliwymi wąsami, tuż przed moją twarzą. Kazała mi się przesunąć w stronę żmii zygzakowatej, co z dwojga złego było lepsze. Ze wszystkich sił umysłem szukałem jakiegoś punktu zaczepienia i w ten sposób słuch skoncentrowałem na czynnościach Joli. Słyszałem jak ściąga z siebie kolejne przemoczone części garderoby, starannie wiesza je na sznurku, jak się wyciera. Całkiem zachęcające. Co jednak nieznacznie przekręcałem głowę w jej stronę, czy to udając, że się drapię, czy to machinalnie – jak każdy człowiek, który chce uciec od Brzydoty - natychmiast przywoływała mnie do porządku i znów Ją widziałem. (Co tu dużo mówić, autorytarność i pogarda jaką mi okazywała czyniła mnie względem niej bezsilnym. Ale bezsilny stałem się też wobec własnych zmysłów, które miały niezależne zdanie na temat tego, co się działo. Obciągałem machinalnie przemoczony sweter i mając do wyboru Brzydotę przed sobą i Piękno za plecami, tchórzliwie trwałem w królestwie Brzydoty).

- No to wyjaw mi, słonko, jak mogę ci pomóc – wciąż się tam z tyłu krzątała, ileż to czynności taka panna musi zrobić, żeby przebrać się w suche rzeczy.

- Mój kolega, Ziemiak, ten którego spotkałaś – jemu bardzo zależy na tej partii. Nie pytaj, dlaczego – nie wiem – może szuka celu w życiu? Po prostu nie mogę go tak zostawić. Dlatego przyszedłem tu, do ciebie. Żebyś usiadła razem z nami i pomogła nam coś wymyślić, jakiś nowy manifest i tak dalej, żeby to zaczęło działać.

- Ciekawe, a to niby dlaczego?

- Chciałaś się zapisać do naszej partii!

Szelest i krzątanina ustały na chwilę, po czym na nowo ruszyły pełną parą.

- Bo widzisz, ja podchodzę do tego poważnie – w przeciwieństwie do ciebie i twojego kolegi. Od początku strajku na całym uniwersytecie nie znalazłam żadnej partii ekologicznej. To niesłychane: Dziesięć odłamów nacjonalistów, czterdzieści socjalistów i czego tam, trockiści, faszyści nawróceni, a ani jednego zielonego! Dlatego tak się ucieszyłam, gdy dowiedziałam się o was. Jak widać jednak, dla was to tylko zabawa. A ekologia z zabawą nie ma nic wspólnego, to raczej efekt żałoby nad tymi, którzy bezmyślnie niszczą własny dom. Te ścieki, które spływają tonami do rzek, czarny, kwaśny dym z kominów, to wszystko któregoś dnia nas wytruje. Jesteśmy pasożytami. A weźmy eksperymenty na zwierzętach: trzeba z tym skończyć, a przynajmniej stworzyć jakiś kodeks etyczny. Spójrz, co tu się dzieje: te karaluchy, które cię tak brzydzą to żywe stworzenia, jak każde inne. Że nie mają kolorowych skrzydeł, jak motyle? Motyle zanim staną się piękne i kolorowe, zanim, co bardziej postępowe panienki wpinać sobie będą ich plastikowe imitacje we włosy, są zwykłymi - dla ciebie zapewne paskudnymi - gąsienicami wyjadającymi naszym dzielnym rolnikom uprawy. I co z tego, że większość ma odruch wymiotny na widok karaluchów? Wiesz, co się z nimi stanie? Kiedy ty będziesz studiował swoje prawa rzymskie i kodeksy cywilne, u nas będą im ściągać pancerzyki i liczyć uderzenia serca. A te szczury... (Znowu mi niedobrze, a miałem nadzieję, że zaprzyjaźniłem się już z Brzydotą). – (No dobra, możesz, się odwrócić.) A te szczury, czy coś wiesz o ich inteligencji? Wstrzyknięte im zostaną rozmaite substancje od środków nasennych do przeciwbólowych, odłączać im się będzie nerw wzrokowy, nerw słuchowy...

- To straszne – wyszeptałem, lecz mimo wysiłków nie mogłem skupić się na jej słowach, bo oto stała przede mną w długiej flanelowej koszuli w kratę ledwie zasłaniającej jej wdzięki, wyglądała jak bogini grecka (pomijając rzecz jasna koszulę), albo wręcz syrena, (pomijając rzecz jasna nogi), która właśnie wystąpiła z morza, te mokre długie włosy, piegowata twarz dziewczynki, gołe nogi o białej jak kreda skórze.

- Nie podniecaj się słonko, nic z tego nie będzie.

Ten cios bezceremonialny i celny. Bezbronny poleciałem bezwładnie, uciekając przed upokorzeniem w stronę syczącego prymusa. Zdjąłem aluminiowy czajnik i zalałem wrzątkiem czarne granulki na dnie wysokich szklanek. Ostrożnie chwyciłem za spodki i z najwyższą ostrożnością postawiłem herbaty na biurku, uważając by broń Boże nie poparzyć wrzątkiem Maciusia. Sukces zwrócił mi na moment siły.

– To dlaczego tu jesteś? Po co poszłaś na biologię, gdzie – wszyscy to wiedzą – znęcają się nad zwierzętami?

Kucała obciśnięta ciasno swoim skąpym odzieniem. Bzyknął rozsuwany suwak śpiwora.

- Tyś taki naiwny, słonko, czy taki głuptasek młodziutki? Nie znasz takiej zasady, że jak się nie ma o czymś pojęcia, to się do tego nie zabiera? – Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem, choć tym razem nie dostrzegłem w nim pogardy. – Coś mi się wydaje, że jednak ty i twój kolega nie słyszeliście o niej. Żeby coś zrobić, trzeba wiedzieć jak. I tak, żeby skończyć wreszcie z masakrą zwierząt eksperymentalnych, trzeba wiedzieć do czego służą i czym je zastąpić. Żeby fabryki przestały zatruwać wodę, trzeba wiedzieć, jak zneutralizować ścieki. Chcesz ratować wymierające gatunki? Proszę bardzo, ale nie zrobisz tego stawiając miskę z jedzeniem pod każdym drzewem w lesie. To coś bardzo subtelnego, złożonego i laik nie ma tu czego szukać. – Wsunęła się w granatowo czerwone puchy, głowę oparła o ścianę. – Ale też bez poparcia społecznego, mimo najdoskonalszej wiedzy i najlepszych specjalistów wiele się nie osiągnie. Dlatego myślałam o przystąpieniu do partii zielonych, która miałaby jakiś rozsądny program, choćby tutaj, na niby, podczas strajku, bo tu czujemy się jak w innym świecie. Będąc tu wszyscy liczymy, że dożyjemy takiego dnia, kiedy twardogłowi odejdą a my będziemy mogli mówić, co myślimy, decydować o własnym losie, budować swój światopogląd na podstawie faktów a nie propagandowej papki i niedomówień. Inny świat... Bez komuny, nakazów, zakazów dyktowanych chorobliwą, abstrakcyjną ideą systemu, będziemy sami tworzyć, a jedynym ograniczeniem będzie nasze własne sumienie.

Milczałem. Płomień krwawego wstydu trawił mnie gwałtownie. Wbiła swą szpilę w najczulsze miejsce, trudno o lepsze podsumowanie naszej działalności partyjnej. Przegrałem. Przegraliśmy, Ziemiak, czas się wycofać, klęska jest totalna, kapitulacja bezwarunkowa. Nie mając jednak pomysłu na szybki odwrót, drżącą ręką chwyciłem gorącą szklankę i przysunąłem do ust, a czerwony płyn poparzył mi usta i język.

Lustrowała mnie długo i z politowaniem, a widok musiał być zaiste żałosny.

- Słonko! Ściągnij te mokre łachy, żal na ciebie patrzeć. Suchy ręcznik wisi na sznurku. - Chciałbym zaprotestować, wynieść się stąd czym prędzej, lecz własna toporność wobec jej polotu unieruchomiła mnie ze szklanką wpół drogi do ust – No, rozbieraj się, jak ci tam.... A zresztą, jak chcesz... Jakbyś mi tylko herbatę podał i sięgnął tutaj, do szafeczki – wskazała na małe drzwiczki pod półkami zawalonymi słoikami pełnymi wielkich pająków (nie gwarantuję, że były martwe). To było prostsze. Nieufnie, węsząc co najmniej spotkanie ze śpiącą kobrą pociągnąłem za drzwiczki, i jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast skorupiaków, węży czy tarantul, zobaczyłem coś, co pozwoliło mi natychmiast zapomnieć o niedawnej klęsce i spojrzeć na świat z innej perspektywy. Ta szafka – trudno aż uwierzyć – przypominała miniaturowy sklep monopolowy o półkach niezwyczajnie pełnych wszelakich wódek, napoleonów, jarzębiaków, w sam raz na dzisiejszą pogodę i stres. Nie po raz pierwszy dziś z uznaniem pomyślałem o Joli. Ostrożnie chwyciłem napoczętą butelkę z brzegu, uważając czy nie kręci się tam przypadkiem jakaś czarna wdowa. Czując się niemal jak nowo narodzony, odkręciłem flaszkę i podałem Joli. Pociągnęła długi łyk. Gdy oddała mi butelkę też wlałem w siebie kilka ognistych łyków, wywołujących wstręt kubków smakowych i rozkosz duszy. Nagle zrobiło mi się ciepło, umysł zaczął pracować intensywniej, swobodniej. Poczułem się godny tej dyskusji.

- Wiesz, to dość naiwne, co powiedziałaś – zacząłem odważnie bez strachu, że nie podołam wyzwaniu – Ja też staram się myśleć trochę w innym wymiarze. (Jeszcze jeden długi łyk) – Jak widzę tę szarzyznę, kolejki, tych zapitych, plujących typów na ulicach, chamskie sprzedawczynie, brudne pociągi, sadystyczne pielęgniarki, dziurawe drogi, betonowe, śmierdzące bloki, jak myślę o wybłagiwaniu u politycznej policji łaski wypuszczenia za granicę, wtedy sobie mówię, że to wszystko bez znaczenia wobec nikłych rozmiarów naszego świata, wobec bezkresnej przestrzeni kosmosu. To wszystko, co tu robimy nie ma najmniejszego znaczenia dla wszechświata, dla innych światów, jeżeli takie gdzieś są. Wszystkie te gierki polityczne, czerwoni, czarni, biali czy zieloni, to nawet nie są błahostki w takim wymiarze, to po prostu jest takie śmieszne nic. Komuniści czy kapitaliści, jeden szajs, nie jesteśmy nawet pyłkiem wobec wszechświata, nasz intelekt, nawet wspólny, ogólnoludzki przeraża małością i ograniczeniem. Ostatecznie zresztą i tak wszystkich nas zjedzą krewni tych robali, które tu tak pięknie konserwujesz. Tak sobie myślę, inaczej bym zwariował, rozumiesz?

Po raz pierwszy spojrzała na mnie z zainteresowaniem. Zastanawiała się jeszcze, kiedy ja już machinalnie ściągałem mokrą kurtkę i sweter.

- Tak, słonko, pięknie to ująłeś, nasz świat to niegodna uwagi plamka w przestrzeni... Ale, widzisz, sęk w tym, że to jest jedyny świat, jaki mamy.

- Słusznie, odwróćmy więc teraz wszystko do góry nogami i spójrzmy na rzeczywistość z punktu widzenia naszego jedynego świata. – Pociągnąłem długi łyk wódki i podałem flaszkę Joli, która uczyniła to samo – My tu o cierpieniach żab, ściekach, eksperymentach, same wzniosłe, piękne idee, a dla zwykłych ludzi to czysta abstrakcja oni dni spędzają w kolejkach, żeby kupić kawałek padliny, te wszystkie strajki zaczęły się przecież od mięsa. I powiedz mi, co my, partia ekologiczna im zaproponujemy? Brak kosmetyków – bo testowane na zwierzętach, brak prądu – bo elektrownie brudzą, może do tego jeszcze przymusowy wegetarianizm, żeby oszczędzić zwierzęta hodowlane?

- Nie miałabym nic przeciwko temu, a ochrona środowiska nie jest abstrakcją. – wychyliła jeszcze raz butelkę – Tymek. Tymek masz na imię, prawda? Jesteś idealistą i realistą zarazem, zupełnie jak ja, z tego tak prosto wybrnąć się nie da. Zawsze będzie jakieś za i przeciw, droga do celu jest jak korytarz w wielkiej jaskini, ciągle prześlizgujesz się przez coś i lawirujesz a i tak nigdy nie wiesz, czy dotarłeś, dokąd chciałeś. Kompromis, to słowo wytrych i jeśli chcesz coś osiągnąć, nigdy o nim nie zapominaj. Inaczej prędzej czy później uderzysz głową w mur. – Pociągnęła z flaszki i odstawiła już niemal pustą na podłogę – Słuchaj, Tymek, coś ci powiem, jesteś młody jeszcze... – głos jej rozmywał się już nieco pod wpływem alkoholu – zdejmij te mokre, obślizgłe łachy, wytrzyj się porządnie i wejdź do śpiwora się ogrzać. Popatrzyłem na nią zdziwiony, czy czasem się nie przesłyszałem, a serce mi mocniej zabiło. Propozycja tyleż niecodzienna co zachęcająca : ciepły, suchy śpiwór, w nim ciepła, ponętna panna – podoba mi się: wchodzę! Uśmiechnąłem się do niej z wdzięczności i starannie manewrując między stołem – planetą Maciusia, a półkami zamieszkałymi przez ropuchy udałem się we wskazany przez Jolę kąt. Energicznie i bezwstydnie ściągałem obślizgłe, klejące się do ciała łachy, jak to ładnie ujęła moja koleżanka (mama, nie byłaby szczęśliwa, że tak nazywa się załatwione przez nią spod lady ubrania), a nie było to proste, jeszcze mniej przyjemne.

Kiedy stałem już goły, jak mnie natura stworzyła, kiedy wytarłem się dokładnie beżowym ręcznikiem o nieco stęchłym zapachu, zawstydziłem się i zarumieniłem, nie śmiałem spojrzeć w jej kierunku. Zgięty wpół zbliżałem niby to twarz do śpiącego Maciusia, („O, nie wiedziałem, że skorpiony mają szczypce?” – nic mądrzejszego do głowy mi nie przyszło). Jola nie zwróciła na to szczęśliwie uwagi, rozpięła suwak śpiwora, a ja ile sił w nogach nie bacząc już na bezpieczeństwo żywych i martwych zwierząt podbiegłem do otwartego śpiwora i wślizgnąłem się do jego ciepłego rozkosznego wnętrza. Było cudownie między nami lody stopniały, zrelaksowany rozpuszczałem się niemal. Moje gołe ciało muskało jej gołe nogi i brzuch, wstyd przeszedł w niepamięć, dalsza kontrola nie miała sensu. Serce waliło mi ponad normę, jakby chciało wyskoczyć.

- To co z tą partią? – to pytanie całkiem nie na miejscu drżało i skakało pod wpływem wielkich emocji – Pomożesz nam? – leżę goły z gołą panną pod jednym śpiworem i jestem o jeden krok od rajskiego ogrodu szczęścia, a partia ekologiczna nie ma tu nic do rzeczy. Jola też jakby się nieco zarumieniła, jej biust falował szybko. Jednym ruchem przewróciła mnie na plecy i usiadła na brzuchu. Oplotła mnie swymi gęstymi, jeszcze wilgotnymi, rudymi włosami, byłem teraz w półmroku osłonięty koroną tych włosów.

- Ale trzeba będzie wszystko... zmienić, wszystko od nowa, Tymek.

- Wiesz - w ostatnich podrygach świadomości coś tam jeszcze wymyślało mi się – myśmy chcieli, żeby to było... takie... śmieszne...

- To nie było śmieszne – sapała mi prosto w usta, opierając się całym ciężarem ciała jak zapaśnik na moich dłoniach. – To nie było w ogóle śmieszne – chyba przestała się kontrolować. – To było żałosne, Tymek. – Patrzyła mi w oczy w milczeniu. – Mówią, że Pan Bóg stworzył raj. – Nie bardzo rozumiem. I wpuściła mnie do swojego raju.

Wszystko falowało, jej włosy, piersi, całe ciało, słoiki z formaliną i terrarium profesora ze śpiącym Maciusiem w środku. Falowały akwaria ze szczurami i karaluchami, falowały węże, żaby, jaszczurki, serca i jelita, wszystko w jednym rytmie wybijanym przez Jolę. Było cudownie i nie mogło być lepiej. Żadnej kontroli, żadnych konwenansów, ograniczeń, samoograniczeń, stylów, mód, partytur, założeń i planów, wymogów formalnych, dorozumianych i zwyczajowych. Czysta improwizacja, najprawdziwsza kakofonia jam session, ona na górze, ja na dole, jak w młodym, wciąż żądnym wrażeń małżeństwie. Jesteśmy wolni i robimy, co nam się podoba, a wam wara do tego! Trochę też było jak na żaglowcu podczas sztormu. Pioruny waliły, a łajba się chwiała, a już na pewno poczuliśmy się jak w bujającej się łupinie na pełnym morzu, kiedy zaczęły spadać z półek słoiki. Najpierw spadła jakaś mała jaszczurka i rozbijając się z hukiem o drewniane deski podłogę. Potem spadło coś jeszcze, ale nie w głowie było mi zastanawianie się, co to takiego. Ostra woń formaliny rozprzestrzeniała się po pokoju z prędkością światła. Potem czyjaś noga kopnęła w stolik profesora i rozległ się brzęk szła. A my dalej naprzód przez coraz bardziej wzburzone fale, żeby na koniec wypłynąć na gładziutkie wody oceanu. Cisza po burzy. Jola wciskała mnie całym ciałem w podłogę, oboje ciężko dyszeliśmy.

- Tymek? – Jej głos był teraz miękki i dźwięczny, jakby rozmarzony, było mi cieplutko i przyjemnie, kiedy tak to gibkie, dziewczęce ciało cisnęło mnie całym swoim ciężarem do desek podłogi.

- Było cudownie, Jolu!

- Tymek, chyba coś się stłukło.

- Masz rację, ale nie zaprzątałbym sobie tym głowy, leż, jest tak przyjemnie.

- Tymek...

- Odpoczniemy i jeszcze raz, dobrze ?

- Tymek - jej głos wrócił do zwyczajnego tubalnego tonu, szarpnęła się gwałtownie i zerwała na równe nogi. Była zupełnie goła, była, piękna, jej długie włosy opadały na blade ciało. O co jej chodzi?

- Boże ile tu szkła! – panika zagościła w jej głosie. Ktoś pukał do drzwi. Zakląłem – drzwi wejściowe uchyliły się gwałtowanie wpuszczając do środka gwar korytarza. W wejściu stał Ziemiak. Sprawiał wrażenie jakby chciał coś powiedzieć, ale rozdziawił tylko gębę i zamilkł na moment, a chwilę potem wybałuszył jeszcze oczy i nawet się nie spłonił : zamiast tego zaczął piszczeć. Stał naprzeciwko golusieńkiej Joli i zamiast podziwiać jej cudowne wdzięki piszczał, kwiczał jak zarzynany wieprz. W strachu, że zaraz zleci się tu cały wydział zerwałem się na równe nogi i ujrzałem widok niecodzienny: golusieńka Jola skrada się kocio w stronę Ziemiaka zręcznie omijając potłuczone szkło. Gdy była już przy nim, chwyciła coś z podłogi i uniosła w dwóch palcach na wysokość swoich niewielkich piersi: a wtedy pisk ucichł. Ziemiak stał przed Jolą blady, sprawiał wrażenie mdlejącego. Jola trzymała za ogon czarnego, błyszczącego skorpiona, który nerwowo wymachiwał swoimi sześcioma łapami i dwoma parami szczypiec.

- Przepraszam – wydyszał nieswojo Ziemiak, teraz dopiero dostrzegając, że stoi przed gołą kobietą ze skorpionem w ręku. - Szukałem tylko Tymka, przyjdę później.

Jola zatrzasnęła wolną ręką drzwi i ostrożnie, lawirując między kawałkami rozbitego szkła podeszła do biurka. Podniosła skorpiona do wysokości swoich oczu i patrzyła się czule w pysk miotającego się pajęczaka.

- Biedny Maciuś – zwinęła usta, jakby chciała mu dać całusa - musiałeś się bardzo zdenerwować.