Rozdział VI
Nadejdą lepsze czasy - Rozdział VII
Ich ubawione twarze majaczyły nieostro w dymnej chmurze. Co chwila zginali się i prostowali na krzesłach wykonując ruchy, jakie towarzyszą zwykle pijackiemu wybuchowi szczerości. W zamiarze Ziemiaka ostatnie chwile spotkania z Jolą i Maciusiem miały porażać grozą, w rzeczywistości rozbrajały groteską. Otumaniony alkoholem i nikotyną Ziemiak pod niebiosa wysławiał swoje bohaterstwo w wewnętrznej walce między strachem przed śmiercią od ukąszenia skorpiona, a roztargnieniem wywołanym nagością Joli. Ale to właśnie muśnięcie śmierci wprowadzało go w stan ekstazy, którą eksponował. Entuzjazm Żorża szedł za to w innym kierunku. Dla niego skorpion był tu tylko zakąską do dania głównego: gołej Joli. Zaraz zresztą jego wiedza na temat sztuk pięknych podsunęła mu gotowe dzieło odpowiednio wpasowane w kontekst: dama ze skorpionem (oryginalnego tytułu dzieła nie pamiętał).
- Widzę ją – mówi, rechocąc nerwowo – Golusieńką, promieniującą wdziękiem, uwodzicielsko piękną. Namalowałbym ją taką, chociaż niespecjalnie mam w tym kierunku... – Przechadza się nerwowo po pokoju, a jego postać niknie co jakiś czas w kłębach dymu. Duży obłok dociera do mojego wezgłowia i wgryza się w gardło. Moją krtań ogarniają bolesne skurcze, nie mogę się ruszyć, czuję się jak wrak człowieka na progu śmierci. Jeszcze widzę ich, jak machają mi nad głową jakimiś szmatami, choć wiatr, który czynią trudno nazwać ożywczym. Coś tam jednak pomaga. Łzy bólu ciekną mi po policzkach, wargi mam suche od nikotyny. Oczami, bo tylko nimi swobodnie obracam, wskazuję na okno. Odbierają sygnał, ale znak rozpoznają dopiero po chwili.
- Co on chce? Okno? Nie ma mowy, Tymuś. Na dworze mróz, a ty nie możesz się przeziębić! Leż spokojnie, zaraz przejdzie – dalej machają szmatami, a myślami dalej w przeszłości grzebią.
- Muszę przyznać, że mi zaimponowała. Ja bym się nie odważył wziąć takiego skorpiona w łapę, rozumiesz, Mały? Tymek, a co się tak w ogóle z nią stało? – Ziemiak jeszcze sobie o mnie przypomina.
Dobre pytanie. Tego nikt nie wie, może z wyjątkiem jej samej. Byliśmy tam jeszcze raz, czy dwa, ale pokoik był zamknięty na trzy spusty. Ruda Jola wyparowała. Owszem, szukałem jej po całym uniwersytecie, pytałem kolegów i koleżanki z jej wydziału. Tajemnicza postać. Gdyby nie ta chwila fizycznej zażyłości, byłbym wręcz skłonny uznać ją za zjawę. Owszem, nagabywane osoby coś wspominały o tym, że mieszkała w pokoiku pod schodami, jednak nic poza tym co sam wiedziałem. Odnalazłem nawet faceta w kufajce, on też jednak niewiele mógł powiedzieć, poza tym, że jej dawno nie widział. Polecił nam udać się do biura przepustek. Tam na chwilę znowu się zmaterializowała, choć tylko na papierze. Dowiedziałem się, że niejaka Jolanta Kiwajtis wyszła poza teren uniwersytetu w ten słotny, zimny dzień, kiedy widzieliśmy ją po raz ostatni.
- A szkoda – ciągnął Ziemiak nie zaprzątając sobie mną dalej głowy – Niezła była i mieliśmy nadzieję, że pomoże nam napisać te wszystkie manifesty, a tak, ostatecznie skończyliśmy z polityką. Z braku lepszego zajęcia zacząłem roznosić ulotki propagandowe i wiesz, Mały, raz miałem nawet przygodę miłosną z taką hipiską! To był numer, bo poznałem ją jak było ciemno: leżeliśmy pokotem w sali od cywila, a ona chciała rozłożyć śpiwór tuż koło mnie – zaaferowany Żorż wychylił do końca piwo i sięgnął po omacku po papierosa – Było tak ciemno, że nawet nie wiedziałbym, że jest kobietą, gdyby nie to, że mnie poprosiła, żebym się przesunął, a wiesz, miejsca było niedużo – Ziemiak jakby się zawstydził – No więc położyła się tak bliziutko przy mnie, że prawie musiałem się wcisnąć plecami w ścianę, a ona przywarła do mnie całym ciałem i wciskała mi coś twardego w piersi. Wyciągnąłem rękę, żeby po prostu zobaczyć, co mi się takiego wbija w żebra i wiesz co wyczułem? Nie uwierzysz: wielki drewniany krzyż! Gdyby nie to, że jestem może trochę za ciężki, dawno by mnie już tam nie było, ale trochę było mi trudno, ot tak po prostu podskoczyć, tym bardziej, że zaplątałem się w jakieś jej rzemienie – bo okazało się, że miała mnóstwo takich krzyży, pacyfek, koralików, sam nie wiem czego jeszcze. No więc jak wymacałem w palcach pacyfkę, to pomyślałem, że może czas przerwać abstynencję, bo ja, mały, nienawidzę abstynencji, nienawidzę, rozumiesz – Ziemiakowi wspomnienia musiały powrócić w sposób bardzo realistyczny bo wstał i wykrzyczał te słowa na całe gardło stymulując identyczną reakcję u Żorża. Obaj stali i wygrażając pięściami sufitowi i ścianom krzyczeli święte: „Precz, precz, precz z abstynencją, precz, precz, precz z komuną!” i tak kilka razy.
Ale zmęczenie wyłaziło z nich wszystkimi porami. Oklapli na krzesła i pociągnęli po długim łyku piwa.
- A potem, mówiła do mnie „ty mój misiu” i już samo poszło – zakończył markotnie Ziemiak.
- Tak przy wszystkich, zrobiliście to tak przy wszystkich?
- A kto by się tym przejmował, wolność, bracie, to jest właśnie wolność, wolna miłość, love and peace, czy jak to tam u tych hipisów, sex and violence.
- Chyba no violence.
Westchnęli równocześnie, zakopcony pokój przerażał nagłą ciszą. Wreszcie przerwał ją odgłos przekręcanego klucza w zamku.
- Mogę cię jeszcze o coś zapytać, Ziemiak? – Żorż szeptał niemal.
- Słucham.
- Bo widzisz, ten mój obraz, ten, co sobie wyobrażam... jest taki, jakby tu powiedzieć, niepełny. Tak – niekompletny. Powiedz mi, ta ruda, widziałeś ją nago.
- No widziałem ją i tego skorpiona.
- No... no i jakie to było, to znaczy w jakim kolorze?
- Czarnym.
- Nie pytam o skorpiona.
- A o co?
- No wiesz, jakby tu się wyrazić: triangulus, no ta... bellissima ... cipulka, w jakim kolorze była?
Ziemiak patrzył się na Żorża przez chwilę z ustami na oścież, po czym eksplodował niekontrolowanym, charczącym śmiechem. Krzesło, które go podtrzymywało trzeszczało niebezpiecznie, a Żorż czerwieniał, drapiąc się w zakłopotaniu po całym ciele.
- Ha, ha, ha, ty, przyszły medyk mnie pytasz o takie rzeczy? Mało to golizny w prosektorium oglądasz? Nie mogę! – Ziemiak dławił się już ze śmiechu – Taki mały, a taki świntuszek, drobny dewiancik, cipka, siurek, kto by pomyślał, ha, ha, ha! – Urwał. Dzierżąca butelkę ręka zatrzymała się w pół drogi. Jego usta zastygły w bezruchu. Tylko oczy miał szeroko otwarte. Choć patrzył przez mgłę widział wyraźnie – wszyscy widzieliśmy – dwie wpatrujące się w nas w milczeniu postacie, postacie kobiece, otulone jak my sami gęstą chmurą dymu. To była moja mama i ktoś jeszcze. Choć sceneria czyniła z nich zjawy, ich usposobienie nie pozostawiało wątpliwości. Ich ściągnięte, sztywne, karzące twarze nijak nie przystawały do panującej w pokoju atmosfery. Nawet mnie o sumieniu jak kryształ czystym przeszedł dreszcz trwogi. Ziemiak i Żorż wstrzymali oddechy, zastygli. W zasadzie, gdyby nie dym wzlatujący delikatną strużką znad czerwonej końcówki papierosa w dłoni Żorża, osoby postronne uległyby nieodpartemu wrażeniu, że mają do czynienia z trójwymiarową, kolorową fotografią.
- Dobrze się bawicie ? – przyciszony głos mamy, niemal szept wróżył najgorsze. Zaraz też pantomima ruszyła na nowo, mimowie poruszyli się powoli i bez przekonania, gotowi przyjąć każde zajęcie. Rozpoznawałem już drugą kobietę: uśmiechała się do mnie przyjaźnie, poczułem ciepło w policzkach. Koledzy zabrali się za wyjaśnienia, choć ich bełkot nie przekonywał. Zrezygnowani gasili papierosy, zbierali walające się flaszki. – Jurek! – huknęła ogarnięta furią mama.
W przedpokoju pospieszne szuranie kapci, w drzwiach twarz ojca jakby z innego wymiaru.
- O, Elżuniu, jesteś już! O i Pani Miecia, witam! - Głośno mlasnęły usta ojca o rękę Mieci. – Tymuś się ocknął już. O co pytałaś?
- Widziałeś, co tu się dzieje? Tu imprezka na całego, piwko, papierosy, chore dziecko mi uduszą, a ty gdzie jesteś?
Ojciec lustrował bajzel nieobecnym wzrokiem.
- Elżuniu, wszystko pod kontrolą! A ten dym czuć w całym mieszkaniu. Momencik – poszurał gdzieś w głąb mieszkania. Żorż i Ziemiak w tym czasie już na kolanach zbierali puste butelki spod mebli.
(Mercedes pochyliła nade mną uśmiechniętą twarz. Też nie mogłem powstrzymać uśmiechu - chociaż wszystko to było fizycznie bolesne. – Patrzyła na mnie z łagodnym, niemal matczynym, wyrazem twarzy i – a może to złudzenie – łzy zakręciły jej się w oczach – Przeżyłeś to wszystko... Tak się cieszę. – Pocałowała mnie delikatnie w czoło, a ja jeszcze bardziej się zaczerwieniłem.)
Zrzędzenie mamy rdzą wżerało się w urok chwili.
- Co za nieodpowiedzialne szczeniaki, na chwilę nie można ich zostawić samych, zapiją się, zasmrodzą dom, jeszcze brakowało, żeby się narkotyzowali! Czy na nikogo już nie można liczyć w tych czasach? Tymek, przestań wreszcie bronić swoich kolegów. – Mama spojrzała na mnie z wyrzutem, chociaż niczego nie powiedziałem – teraz musisz myśleć o sobie! Jurek! – ojciec stanął w drzwiach z jakimś urządzeniem w ręce.
- Elżusiu, kochanie, dlaczego ci chłopcy siedzą w kucki przed otwartą lodówką, wysłałaś ich po coś? – Mama podniosła rękę, jakby chciała komuś przyłożyć, w końcu opuściła ją zrezygnowana. Miecia zaraz przepchała się przez drzwi, pewnie z zamiarem rozmówienia się z kolegami. – Elu, (przepraszam, ciasno tu), zademonstruję ci mój najnowszy wynalazek, popatrz tylko – Postawił na oknie jakąś metalową okratowaną skrzynkę kryjącą we wnętrzu biały wiatraczek ze śmietnika. (Boże! – powiedziała zrezygnowana mama) - Najpierw muszę uchylić nieco okno, bo tak naprawdę, żeby urządzenie poprawnie działało, trzeba nawiercić otwór w oknie. (- Jezusmaria!) - Jeszcze tylko włączymy do kontaktu, uwaga... Nadaje się do opatentowania, nazwałem go erkondycjoner. – Wiatraczek warczał cichutko, choć chmura dymu, niestety, nie znikała.
- Musisz go jeszcze udoskonalić, a tymczasem Tymek się przykryje, a ja otworzę okno.
Nagle zrobiło się zimno, rześko i przyjemnie, znikała chmura toksycznego dymu. Ojciec wyszedł niepocieszony. Miecia przyniosła wieści z kuchni.
Są kompletnie zalani.
Nie można ich puścić samych do domu.
Złapią i wsadzą do aresztu.
- Z Żorżem bym sobie jeszcze poradziła - ciągnęła Miecia – ale Ziemiak jak się przewróci, to koniec. Poza tym Żorż ma w torbie bibułę. Pani Elu... – Mama skupiła wzrok na zbieranych właśnie śmieciach, po czym zwróciła twarz ku Mieci i ciężko westchnęła.
- Dobrze, niech zostaną, ale musisz zawiadomić ich rodziców.
- Poradzę sobie. Chciałabym dłużej zostać, ale zważywszy na okoliczności... Muszę zdążyć przed godziną policyjną. Trzymaj się, Tymek, wpadnę jutro, to pogadamy – uśmiechnęła się, znowu pocałowała mnie w czoło, (choć wolałbym w usta), ucałowała się z moją mamą. Moi koledzy zasnęli ponoć snem sprawiedliwych z głowami na kuchennym stole.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|

