Rozdział VIII

Nadejdą lepsze czasy - Rozdział VIII

Uwaga, otwiera nowe okno. DrukujEmail

„Byłeś straszliwie pijany, Tymek, tak pijany, że ledwie stałeś na nogach. Musiałam cię ciągnąć za fraki, a ty bez przerwy się na mnie wieszałeś. Ale co tu dużo mówić - było super. Śpiewaliśmy takie sobie piosenki. Wywaliliśmy się na śnieg. Wiesz, to było bardzo spontaniczne, rzadko zdarzają się takie chwile. W sumie – szczerze ci powiem, bo teraz nie ma już co ukrywać – wtedy miałam ochotę na miłe zakończenie wieczoru. Papito był za granicą, a mama poszła do ciotki. Kiedy wróciłyśmy wreszcie do domu, w lodówce czekała butelka francuskiego szampana. Mniejsza... Naprawdę cieszę się, że zdrowiejesz.”

„W autobusie trochę się poobijałeś, kiepsko to wyglądało, choć chyba nic ci się nie stało. Najgorsze jednak było to, że ani ja, ani ty nie mieliśmy dokumentów. Wiesz, dziś nikt, komu życie miłe, nie wychodzi z domu bez dokumentów, prędzej wyjdziesz bez butów niż bez dowodu osobistego.”

„To znaczy ty miałeś dokumenty, ale nie swoje. Pytasz: czyje? Miałeś dokumenty niejakiego Romana Szczawka, mówi ci coś to nazwisko? Pewnie nic, tym lepiej. Kiedy weszli mundurowi i tajniacy – dopiero wtedy przypomnieliśmy sobie, że mamy problem z dokumentami. Tak, próbowałam się postawić, wiesz byłam zła, że nam psują wieczór, a żeby to tylko nam popsuli. Popsuli wszystkim, czterdziestu milionom ludzi, nawet sobie.”

„ Mówiłam coś o swoim ojcu, naprawdę? Że jest kimś ważnym? Co to było, niech no sobie przypomnę... Mniejsza, potem ci wszystko wytłumaczę. Pamiętasz dalej? Wyprowadzili nas z tego nieszczęsnego autobusu i zaczęli rozdzielać. Potem wyrwałeś się dwóm żołnierzom, no i ci przyłożyli. Niestety – albo może na szczęście – długo cię już potem nie widziałam. Wyrywałam się, gryzłam, kopałam, a oni i tak zaciągnęli mnie do ciężarówki. To, co zdążyłam zobaczyć było jednak wystarczająco przerażające. Potworne. Oni cię nie pałowali, oni bili cię kolbą karabinu, ty upadłeś, potem ciągnęli cię po śniegu i chyba kopali, musieli cię kopać, sądząc po tym, co z tobą zrobili. W takim stanie wrzucili cię do furgonetki. Całe szczęście Tymek, że cię znaleźliśmy w porę, bo byś nie przeżył. To był jeden wielki krwotok.”

„Wyciągnęlibyśmy cię szybciej, lecz komplikacje zaczęły się piętrzyć, ja w areszcie, Papito lądował nazajutrz rano, mama spała u ciotki i nikt o niczym nie wiedział. Dopiero rano mama włączyła u ciotki radio i poszła się umyć. Kiedy wróciła słyszała tylko szum, więc zaczęła kręcić gałką, a tu nic. Zdziwiła się nieco, ale zostawiła radio w spokoju, myśląc, że wysiadło – teraz sprzedaje się tyle tandety. Wzięła ponoć płytę i nastawiła „Cztery pory roku”, często puszcza to do śniadania. Pokroiła owoce na śniadanie, tylko brakowało jej pomarańczy, ale ciocia powiedziała, że obejdzie się tym razem bez pomarańczy.”

„Skąd mamy pomarańcze? A, tata przynosi z pracy, albo kupuje na bazarze dla obcokrajowców, nieważne. Zaczęły jeść owoce i popijać cappucino, no wiesz, to taka kawa z pianką, ale mama spojrzała w pewnym momencie na zegarek i stwierdziła, że już Papito powinien wylądować, więc chwyciła za słuchawkę telefonu, bo mama zawsze się denerwuje, jak tata lata samolotem. (Tymek nie wierć się, bo ci zaszkodzi) Tak, papito często lata samolotem w delegacje służbowe, daj mi skończyć. Podnosi słuchawkę a tu głucho. Nic, żadnego sygnału. To już zaczęło być niepokojące, zaczęły sprawdzać korki, ale światło było, lodówka działała, nawet kontrolka w radiu się paliła, włączyły w końcu telewizor, a tu, wyobraź sobie, spiker w mundurze zapowiada, że teraz będzie przemawiał Generalissimus, no i pojawił się ten ślepowron i zaczął te swoje smutne historie o śmiertelnym zagrożeniu ojczyzny i o stanie wojennym”

„Mama z ciotką mało nie zemdlały, bo choć słyszało się o tym od dawna, nikt w to do końca nie wierzył. Papito wspominał mamie, że Generalissimus coś tam kombinuje, ale żeby tak nagle? Nie było go raptem tydzień, a tu taki szok dla wszystkich.”

„Nagle przypomniała sobie o mnie. Była w piżamie i w szlafroku, więc włożyła tylko skórzane kozaki, na szlafrok zarzuciła kożuch i w te pędy na mróz, do samochodu. A samochód cały zasypany, więc gołymi rękami zaczęła go odśnieżać, ledwo zapalił, rozumiesz, dojechała do nas do domu, a tu pusto, nikogo nie ma. Więc z powrotem do samochodu, nawet się nie przebrała, i jedzie prosto do taty do pracy. Przejechała przez wszystkie patrole wojska, trwało to wieki, weszła do Papita pracy, a tam patrzą dziwnie na jej strój, chociaż tego dnia nikt niczemu nie powinien się dziwić.”

„Był to taki ponury dzień, że nikt się do niej nawet nie uśmiechnął. Usłyszała tylko, że papito jest na ważnym zebraniu i nie można mu przeszkadzać. Mama nie lubi jednak, jak ktoś jej czegoś zabrania, więc przepchała się do gabinetu, w którym miał spotkanie i wparowała w szlafroku i w niedopiętych kozakach, a tam same osobistości... a wśród nich Papito z bardzo zachmurzoną miną.”

„To był taki straszny dzień, że nikt nawet nie podniósł się na jej widok – w końcu kobiety, co z tego, że w szlafroku. Dobiegła do Papita i zaciągnęła go na stronę, inni nawet nie zwrócili na to uwagi. Wytłumaczyła mu, że nie ma mnie w domu, na ulicy pełno wojska, nie wiadomo, co ze mną się stało. Zaczęła mu zadawać mnóstwo pytań, wymachiwać rękami, jak to ona. Papita szlag trafił, bo tu miał ważne sprawy. Widać, że był u kresu, wyprowadził mamę z sali i przy strażnikach zrobił jej scenę, o jej strój, ale ona zrobiła mu jeszcze gorszą scenę i kazała natychmiast zostawić swoich ważnych kumpli i zacząć szukać córki.”

„A ja w tym czasie gniłam w celi razem z prostytutkami. Nie to, żebym miała coś przeciw prostytutkom, ale po tym wszystkim, co się stało, to było poniżające, straszne. Zrazu zaczęłam się zastanawiać, co też mogły takiego uczynić władzy, że aż je do paki wsadzili. A one po prostu spacerowały po ulicy w nocy, podczas godziny policyjnej. Łapiesz absurd systemu? Z jednej strony Generalissimus wprowadza przymus pracy, każdy musi pracować, żeby się rozwijać, terefere. No a one właśnie w nocy pracują i to na ulicy. Wtrącając je do aresztu, Generalissimus zaprzeczył sam sobie, bo zakazał im robić tego, co sam im wcześniej kazał. Niezłe, co? Wyobrażasz sobie, jak go przeklinały?”

„Na posterunku nikt mi nie uwierzył, że nazywam się Jabłonowska, a tym bardziej, że jestem z tych Jabłonowskich. Długo musiałam czekać, zanim Papito mnie stamtąd wydostał. Sam nie mógł przyjść – przysłał mamę z odpowiednim poleceniem.”

„Teraz wyobraź sobie taką scenę : jest dzień po imprezie u Ziemiaka, 13 grudnia 1981 roku, w naszym kraju ogłoszono stan wojenny. Po ulicach jeżdżą czołgi. Wojsko i milicja bije niewinnych ludzi. Niebo wali nam się na głowy, a tu ja siedzę w celi z moimi pięcioma obrażonymi na cały świat prostytutkami. Śmieszne to by było, gdyby nie działo się naprawdę. Aż nagle krata się otwiera i widzę dziwacznie ubraną drobną kobietę odpychającą na bok tłustego milicjanta. Panienki mało z ławek nie pospadały.”

„Mamie łzy ciekły strumieniami po policzkach, gdy wyszłyśmy z tej paskudnej, jęczącej piwnicy, ale zaraz przestały, kiedy powiedziałam, że teraz musimy znaleźć ciebie. Było po południu, czas naglił. Kręciła bardzo nosem, że to telefony nie działają niby, że bajzel nieludzki wszędzie, ale w końcu wsiadłyśmy do służbowej wołgi papita i pojechałyśmy z powrotem do jego pracy. Weszłyśmy na to zebranie, a tu siedzą te wszystkie szychy, papito wśród nich. Tym razem przeprosił i wyszedł do nas na korytarz.”

„Był wyjątkowo wściekły, kiedy powiedziałam mu o tobie, w końcu jednak przestał protestować. Postawił tylko warunek, że odwiezie wcześniej zziębniętą, roznegliżowaną mamę do domu, no i dalej poszło szybko. Okazało się, że służbowe linie jednak były czynne, jego ludzie obdzwonili areszty i udało się.

„Nie wyobrażasz sobie, jak wyglądałeś: twarz miałeś spuchniętą jak balon, a jak już cię zidentyfikowali, to posadzili z połamanymi żebrami na jakiejś ławce w poczekalni. Myślałam, że po tobie. Papito kazał natychmiast wezwać karetkę, a dalej, to już chyba wiesz... Twoja mama siedziała przy tobie dzień i noc, a kiedy musiała wyjść do pracy, ja przychodziłam na jej miejsce i tak siedziałyśmy przy tobie pilnowałyśmy, żeby jakaś pielęgniarka ci czego złego nie zrobiła, albo żeby lekarz przez pomyłkę nie zawiózł do prosektorium. W tych dniach nic nie było pewne, lepiej chuchać na zimne.”

Zawiesza głos, a mnie się chce do łazienki. Szepcę do niej, że chcę siku, a ona szuka pod łóżkiem basenu. Nie będę przy niej do basenu sikać, próbuję ześlizgnąć się z łóżka. Chwyta mnie pod gorsety, gipsy i bandaże, pomaga wstać. Stoję zwieszony na jej szyi, jak tego sławnego wieczoru, choć wtedy było znacznie lepiej. Teraz jest mi niedobrze, świat wiruje, podłoga sufitem zieje, sufit ścianą.

- Brawo, Tymek, chodzisz już! – mówi Miecia radośnie, kiedy próbuję powstrzymać się od wymiotów. Miecia chce mnie posadzić na sedesie, protestuję, więc spuszcza mi bezwstydnie spodnie i trzyma za fraki. Nie może się nadziwić, że robię to na stojąco. Te panny nie mają pojęcia o życiu, myślę mgliście, a złe samopoczucie eliminuje wstyd. Nie skończyłem jeszcze, kiedy ktoś wszedł do mieszkania. Ubikacja u mnie w domu znajduje się dokładnie naprzeciw wejścia, toteż widok wchodzący musiał mieć dość niezwykły. Miecia rozpoznała mamę i nie kryła euforii z moich postępów. Ta radość nie trwała jednak wiecznie. Wypad do klozetu okazał się ponad moje siły. Poczułem się ciężko i fatalnie, w oczach mi pociemniało, potem damskie stękania i krzyki, z ulgą poczułem pod sobą prześcieradło łóżka, zapadł zmrok.

Znowu gdzieś mnie ciągnie, jest czarno i świecą gwiazdy. Czerń kosmosu to jej czarne oczy, gwiazdy mają poprzeczne paski, a na twarzy prostokątne, plastikowe okulary. Czas stąd wiać. Mamo. Ale cisza jest absolutna, jeden atom wodoru na centymetr sześcienny nie jest w stanie przenieść fali wzbudzanej przez mój słabiutki głos. Maaaaaamoooooo! Jest cicho i głucho, jak w górskim lesie, gdzie drzewa tłumią wszelkie beznadziejne próby wołania o pomoc, ta czarna pustka jest przerażająca. Maaaamuuuuusiuuuuuu! Wrzeszczę ile sił w płucach, ale mamusi, która nosiła mnie kiedyś w swoim brzuchu, kiedy byliśmy jeszcze jednością a nie dwoistością, nikt tu przecież nie zna, tu nikt nikogo nie zna, tu nikogo nie ma. Pustka, próżnia. Nie ma nawet echa. Jestem sam. Merceeeeeeeedeeeeeees! Światło jakiejś gwiazdy rozbłyska nagle tak mocno, że nie mogę otworzyć oczu, a kiedy je otwieram, widzę te oczy, o których często, zbyt często zapominam, a które widziałem, od kiedy tu jestem. - „Już dobrze, Tymusiu”. Mama pochyla się nade mną w swej bladej nocnej koszuli, Zbyt wiele wrażeń, jak na jeden dzień i nagle wsuwa się pod moją przepoconą kołdrę, tak jak ja wielokrotnie wsuwałem się do niej, kiedy nie miałem jeszcze dwudziestu lat.

- Popilnuję.

- Mamo... – szepcę nieudolnie, a do chorobliwego ciepełka łóżka, obrzydliwego i lepkiego, dołącza gorąca fala strachu – Ten ojciec, tej Mercedes... komuch, gruba ryba... Mama wtula się we mnie, jak kiedyś ja chowałem się między jej piersiami, niczym górami odgradzającymi przed Obcym.

- Synku, on ci życie uratował, bądź mu wdzięczny.

Uratował. Życie. Znaczy: bohater. Zaraz, trochę to na odwrót. Czy to wszystko czasem nie przez takich, jak on? Czy to nie przez takich papitów leżę połamany i nie mogę się ruszyć? Mam być wdzięczny, że najpierw zastawił sidła, aby potem mnie z nich uratować? Z jaką łaską jeszcze. Uratować na prośbę własnej córki. Gdyby nie ona, dawno bym zdechł nie wiedząc, że zdycham. Wdzięczny? A bo to przeprosił chociaż, za to, co zrobił? Że niewinnych do więzień powsadzał, do robotników strzelał? Wdzięczny? Rąbnąć w ten głupi, czerwony pysk, a nie wdzięczność okazywać! Czerwona gnida! Burżuj komunistyczny! A jednak nie musiał. Mógł odmówić kategorycznie. Czerwona świnia. Czy ja zresztą wiem, co on musiał, czy jest świnią? Trudne to i zawiłe wszystko. Nie do ogarnięcia. Nie teraz. Dobranoc. Chce mi się spać... reszta bez znaczenia.

Przytuliłem się do mamy i już dalej nie było kosmosu, ani gwiazd. Coś tam było.

***

Pojawiła się z rozpromienioną twarzą jakby nigdy nic. Przywitała z uśmiechem szerokim, jak obwarzanek księżyca, łagodnie i tajemniczo wgryzła się w wątpliwości moje. W perfekcyjną symfonię, jaką dotąd była, wdarł się kiks. Nie potrafię odwzajemnić wylewności. Nie wiem, co powiedzieć: uśmiechnąć się, jak dawniej, czy zasypać niewygodnymi pytaniami? Udawać, że się nic nie stało, czy z premedytacją gnoić za pochodzenie? Co ona tu robi i czego ode mnie chce? Jest dla mnie taka miła. Uratowała mnie, owszem, ale teraz? Lituje się nade mną? Ma wyrzuty sumienia za siebie? Za ojca? Ojca się, jak dotąd, nie wyrzekła, żadnej krytyki na jego temat nie przedstawiła. Niby taka sama a inna. Uśmiecha się łagodnie, jest piękna, ponętna. Próbuję wydobyć z siebie myśl jakąś, ideę trwałą, pozytywną, która pozwoliłaby mi na nią spojrzeć jak dawniej, rumienić się na jej widok, snuć erotyczne wizje, jakby była dziewczyną, jak wszystkie inne, nie córką czerwonego dygnitarza. Na próżno. Moja głowa jest jak śmietnik gnijących, napoczętych ideałów, rozpadających się aksjomatów o wątpliwym pochodzeniu i zastosowaniu, nie ma na czym się oprzeć, na czym wzroku zatrzymać. Nie po raz pierwszy jestem bezsilny wobec złożoności dorosłego życia. Wybuch nie wchodzi jednak w grę. Stawka zbyt wysoka. Pytam w końcu szeptem niewyraźnym i widzę wciąż ten uśmiech. Uśmiech przechodzi w zdziwienie. Zdziwienie znowu w uśmiech.

– Wszystko po kolei – nachyla mi się nad twarzą tak, że obraz się rozmywa w niewyraźne plamy. Zamyka oczy i czuję jej ciepłe, wilgotne usta na swoich, z ust jak wąż z norki śliski język się wysuwa, wdziera w moje bezbronne usta, nade mną jej gibkie, dziewczęce ciało. Mięknę. Wątpliwości zwolna ulatują. Lód ortodoksji topnieje, względność rośnie do rozmiarów pewnika, podobnie jak moja bezsilność wobec niej, jej ojca i reżimu.

- To wszystko inaczej niż myślisz. Wszystko ci opowiem, tylko mi nie przerywaj. – (Ale w tej chwili przerwała jej mama, wnosząc tacę z ciastkami i informując, że musi wyjść. To Mieci wystarczyło, żeby szybko zmienić temat) – A propos. Tyle spraw na głowie... Tymek, chcę cię prosić o przysługę: chcę cię prosić, żebyś pomógł mi napisać artykuł o strajku na uniwersytecie. Żorż mi już dużo opowiedział, ale jego tam nie było. Chcę usłyszeć od ciebie.

Zaczerwieniłem się. Ciekawe, co jej opowiedział. Jest przebiegła, wyprowadza mnie w pole przy każdej okazji, zmienia temat, wymiguje się. Pytam jak ona, córka członka komitetu centralnego partii może wydawać podziemne pismo pod jego nosem. Śmieje się, wpędza w bezsilność, nie pokonam jej.

- Papito bardzo mi w tym pomaga – na przykład rozwozi samochodem bibułę. Jak by tu powiedzieć, w domu nie mamy wszyscy jednakowych poglądów, wszyscy za to jesteśmy zdania, że rodzina jest najważniejsza i mimo różnicy zdań trzeba sobie wzajemnie pomagać. Zresztą... pod wpływem mamy i moim papito sam zaczyna mięknąć. Myślę, że jest bardzo rozerwany między pracą a domem, w domu jest pod wpływem opozycji, w pracy pod wpływem władzy i chyba, żeby nie skończyć u czubków zmienia całkowicie rolę w zależności od tego, gdzie się znajduje. Czasem mu się co prawda myli, potrafi wyskoczyć przy niedzielnym obiedzie z jakimś wykładem o marksizmie – leninizmie. Wtedy przypominamy mu, gdzie jest a on wraca na łono poglądów wyznawanych przez większość w domu.

Członek komitetu centralnego rozwożący bibułę służbowym samochodem? Czy to ma sens?

- A co ma zrobić, wsadzić nas za kratki? Ja się go nie boję, do tej pory nie bałam się też komunistów! Mówię: do tej pory, bo stan wojenny świadczy o tym, że sprawy wymykają im się spod kontroli, twardogłowi stają się niebezpieczni. Papito potwierdza. Zresztą wpadł w ciężką depresję na wieść o zastrzelonych robotnikach. Ale co ma robić? Siedzi w tym bagnie od samego początku, kiedyś w nie wpadł w pogoni za zwariowanym bratem... Wiem, trudno uwierzyć w uczciwość komunisty, zwłaszcza teraz. Gdyby nie był moim ojcem – też bym nie uwierzyła. Dam ci przykład. Wiesz, dlaczego zmieniliśmy mieszkanie? Dlatego, że moja matka nie mogła dłużej znieść hipokryzji komunistów: oficjalnie mówią o masach pracujących, a w rzeczywistości traktują ich gorzej niż śmieci. Robotników potrzebują wyłącznie do praktykowania swojej drętwej gadaniny, do produkcji stali do czołgów i okrętów. Nie mają żadnego pomysłu na poprawę bytu ludzi, bo są na to zbyt tępi, zbyt leniwi. Za to są mistrzami intryg. Interesuje ich tylko władza i szmal. Władza nieograniczona, niekontrolowana przez nikogo, absolutna, niepodważalna i nieodbieralna. Tamtego lata moja mama powiedziała: dość. W 1938 roku, w Katalonii, jej rodzinę na jej własnych oczach lewaccy anarchiści spalili żywcem, tylko dlatego, że posiadała ziemię. Miała dość pławienia się w luksusach na koszt innych. Doświadczenia z dzieciństwa nauczyły ją jednego: wygłodniałe, sfrustrowane, pozbawione praw masy przyjdą pewnego dnia zjeść sytych, rozkraść ich biżuterię, upić się ich perfumami. A jak to nie wystarczy, pokroją ich na kawałki i nosić będą ich wnętrzności jako trofea. Chciała wyprowadzić się z tego wielkiego, służbowego mieszkania do dużo mniejszego, ale naszego. Z poczucia wielkiej niesprawiedliwości prowadzącej ofiary do ostateczności, ślepej agresji, gdzie zaciera się poczucie dobra i zła, pozostaje samo zło i nienawiść. Dlatego mama chciała się przenieść, żeby nie zajadać się pomarańczami z bufetu ojca, widząc z okna kilometrowe kolejki po chleb. Ojciec to doskonale rozumiał, nie stawiał oporu, choć z wygód niełatwo się rezygnuje.

Ludzie, co w zbytkach się pławią nie mają poczucia proporcji, myślę sobie, choć nie wiem, czy szczerze. Jak wiadomo zbytnia ciekawość w trudnych czasach nie popłaca. Wolałbym żyć w niewiedzy, ale tylko naiwni nie szukają prawdy. Uczucie jest ślepe. Pozostaje zamknąć oczy i wybaczyć.

Przynajmniej rozumiem, skąd to dziwaczne imię.

- Trochę cię przekonałam? – szczerość jej pięknych oczu wymuszała bezwarunkowe wybaczenie. Jednak żeby wybaczyć, muszę zalać myśl namiętnością. Co mi zresztą pozostaje? W przeciwnym razie znienawidzę ją prędzej, czy później, jako osobę niegodną wiary, niepewną, może wręcz niebezpieczną. Uśmiechnąłem się lekko, niepewnie. W końcu każdy ma jakieś grzeszki, słabostki, perfekcja jest pozorem. Zakładam, że mówi prawdę, inaczej zwariuję. Jeśli jest szczera, żyje jak schizofrenik w wiecznym rozdwojeniu między światem katów i ofiar. Jeśli jest szczera, schizofrenia ta, którą być może jedynie postronni dostrzegają, jest dla niej czymś całkiem naturalnym. Jeśli jest szczera, jej życie jest jak grecka tragedia, miota się między potrzebą zbytku a poczuciem niesprawiedliwości. A iluż jest takich ludzi, których umysł nie dostrzega zła na co dzień wyrządzanego, ilu żyje w poczuciu należycie spełnionego obowiązku, którym jest zadawanie bólu innym? W ten sam sposób ona też może sobie z tego nie zdawać sprawy. Wydaje się jej, że walczy, ale czyniąc to nie naraża się jak inni – dzieciom dygnitarzy się wybacza. Wydaje jej się, że zmienia świat, a tak naprawdę to tylko wentyl bezpieczeństwa, jeszcze jedna maskotka władzy dla swojskiego narybku. W stosownym czasie zaleją ją złotem, osadzą na stolcu i wtedy przestanie się buntować, zrozumie naiwność swych młodzieńczych poglądów wobec oczywistości dyktatury. Może należy jej współczuć? W pewnym sensie nie chciałbym być w jej skórze. Lecz jest zupełnie inna możliwość: moje rozumowanie jest całkowicie błędne, zamiast miażdżyć ją w sobie za pochodzenie, powinienem ją podziwiać. Za odwagę, z którą angażuje się w to, w co wierzy. O ile nie jest to kaprys rozpieszczonej panienki z dobrego domu. Być może należy generalnie podziwiać ludzi, którzy wywodząc się z prominenckich domów, chcą pochylić się nad maluczkimi. Jedno jest pewne: czuję, że zawładnęła moją duszą na tyle, że aby się wyrwać musiałbym ją w sobie odrzucić całą, wymazać z pamięci i zostać sam, w mdłej pustce codzienności. W przeciwnym razie muszę ją zrozumieć.

Wróciła do artykułu. Do swojej opozycji wobec władzy, którą jej ojciec reprezentował. Odetchnąłem. Tak było lepiej. Opowiadałem jej wszystko (z wyjątkiem wiadomej historii), przypomniałem też sobie o zdjęciach, które robiłem podczas strajku. Mieci oczy się zaświeciły, natychmiast chciała brać się za wywoływanie, ale nie miałem pojęcia, co się z nimi stało. Notowała więc dalej w swoim zeszycie, szybko i zgrabnie, ściskała głowę w dłoniach, zamykała oczy. Nagle śmiać mi się zachciało. Kim ja byłem, że mogłem podważać jej dobrą wiarę? Członkiem partii obrony owadów? Opozycjonistą? Działaczem podziemia? Co takiego zrobiłem, żeby ją szkalować? Jedyna moja zasługa to taka, że dałem się pobić wojskowym sadystom, po pijaku, głupio, przypadkowo. Jak mogę się równać z taką Miecią, może i córką komucha, ale za to świadomie i wytrwale działającą przeciwko reżimowi? A w ogóle, dlaczego aż tak się zmieniłem, że stosunek do tego, co jeszcze niedawno nazywałem wojną o kiełbasę, teraz biorę za kryterium oceny innych? Gdzie konsekwencja?

- Właśnie takich historii potrzebujemy. – Głos jej jak z zaświatów zadudnił. Byłem już pogodzony z losem, a ona utwierdzała mnie w tej zgodzie – Nieortodoksyjnych, szczerych, przekonujących. Bo nasze pismo ma być inne od pozostałych. To pismo ma mieć dystans. Dystans, jako odzwierciedlenie przynależności do wysoko rozwiniętej cywilizacji a nie do prymitywnych form społecznych pseudorozwiniętych małpoludów. W naszym piśmie nie ma być skrajności, nie będziemy przedstawiać spraw w kategoriach czarny-biały, zły on i dobry ja, kat i ofiara. To jest, Tymek, nasza podstawowa broń, nasza główna linia obrony. Trzeźwa ocena sytuacji, niepoddanie się chwilowym emocjom, choć nie jest to łatwe zważywszy na to, co się stało, co się cały czas dzieje. Im właśnie na tym zależy, żebyśmy byli pozbawionym własnej inteligencji stadem baranów, które biegnie ślepo gdzie pies szczeka. Tylko myśląc, myśląc i jeszcze raz myśląc unikniemy losu tych baranów, które pies zagonił do rzeźni. Patrzyłem jej prosto w oczy, nie opierałem się więcej, potakiwałem. Od tej chwili byłem jej. Długo już nie zabawiła. Pożegnała się, zabrała rzeczy i wyszła.

Z początku wracała dość regularnie. Kilka razy w tygodniu, na zmianę z Żorżem i Ziemiakiem (Ziemiak wkupił się ponownie w łaski mamy przynosząc jej wielki bukiet czerwonych goździków i jakieś perfumy z dewizowego sklepu – choć wedle mojej wiedzy jego ojciec nie był członkiem komitetu centralnego partii - skąd więc taka rozrzutność?). Rozmawialiśmy godzinami o wszystkim, o czym się dało, najmniej o niej samej, za to sporo o jej rodzinie. Najpiękniejsze chwile tej mroźnej, dołującej zimy. Poruszające, tragiczne opowieści o historii rodziny, promień gorącego słońca w mroczne dni. Razem z Ziemiakiem i Żorżem przynosili też wieści z miasta. Były przygnębiające. – Nie były historią, działy się teraz i dotyczyły nas. O wszechogarniającym przygnębieniu na powierzchni. O tym, jak życie prawdziwe toczy się między wierszami, poza światłem dziennym. Na powierzchni było szare i beznadziejne, pochłonięte upokarzającą walką z notorycznym brakami w zaopatrzeniu i bezproduktywną pracą. Pod ziemią– gorączkowe, pełne goryczy i wciąż – mimo szykan i obław ze strony władzy – nadziei, że to co w nim jeszcze powstaje ma sens. Siłą rozpędu to podziemne życie jeszcze tętniło, choć ciężka łapa dyktatury zwolna pozbawiała je tlenu, metodycznie, po kawałku, zapędzała w ślepą uliczkę marazmu i beznadziei. Stosunki społeczne odtąd charakteryzowała skrajna klarowność podziału na „my” i „oni”. Solidarni zdesperowani ludzie wobec solidarnej zdesperowanej władzy. Z jednej strony miotane desperacją ofiary z drugiej – desperacko zdeterminowani kaci. Ofiary posługiwały się podtekstami, kaci – karabinami i pałkami.

Ten podział dręczył, z oczu sen spędzał. Choć upychałem to pytanie w najodleglejsze zakamarki świadomości, a na pozór wszystko było jasne i wyartykułowane, ono wracało: Do której strony należała? Jej zapewnienia powinny były wystarczyć: sercem niezmiennie do ludzi. Niezręcznie było mi pytać, gdzie była resztą siebie, a tu właśnie majaczyły niedomówienia.

W miarę jednak jak jej wizyty stawały się rzadsze, wątpliwości te – nie mając zresztą szans na rozwiązanie – traciły coraz bardziej na znaczeniu. W ich miejsce pojawił się niepokój. Rósł proporcjonalnie do przerzedzania się grafiku spotkań. Jej usprawiedliwienia niczego nie wnosiły: nadmiar obowiązków na uczelni (twierdziła, że studiuje teatrologię), czy kłopoty w komunikacji należą do niewyczerpanego zbioru wymówek, trudno się do czegoś przyczepić. Dla mnie był to jednak znak. Znak kresu pewnej epoki. Czasu spontanicznej radości zrzucania ciężaru ograniczeń. Walki z wiatrakami, w którą byliśmy wszyscy zaangażowani, jeśli nie rozumem, to sercem przynajmniej. Spontanicznych uniesień i wzruszeń, mających swój kolor i zapach. I wbrew wszelkim wątpliwościom i niewyartykułowanym niechęciom, dla mnie pachniały one Miecią.

Niepokój potwierdzał się w faktach, które pozostawało jako takie : to co zawiązało się w niecodziennych, bolesnych okolicznościach, gasło w obliczu jałowości dnia codziennego. Jej uprzejmość, czasem okraszona powierzchowną namiętnością była inna, niż dawniej, wymuszona jakby, obca. Czułem, że ją tracę. Mówiła wymijająco, próbowałem wiec zgodnie z powszechnym trendem czytać między wierszami. Bez skutku. Jej język był dla mnie niezrozumiały mimo pozornej zbieżności dialektów. Sprawiała wrażenie, jakby nasze szare, przyziemne sprawy przestały ją zajmować.

Aż nadeszła długo oczekiwana odwilż w naturze, a nawet w polityce. Przez okno czuć było pierwsze ciepłe podmuchy wiosny, pierwsi internowani opuszczali swoje miejsca odosobnienia. Wieści te dochodziły do mnie półgębkiem, podczas coraz rzadszych wizyt Ziemiaka i Żorża. Skarżyli się na nadmiar zajęć na uczelniach, niemal tylko o studiach mówili, o ilości materiału do nadrobienia po przymusowej przerwie, potem przychodziła kolej na politykę, ale już inaczej, bez emocji, przedstawiana przez obserwatorów nie uczestników. Od Mieci za to żadnych nowych wieści. Trudno zliczyć dni, od kiedy jej nie widziałem.

Powoli zacząłem wstawać. Mój stan fizyczny z trudem mi na to pozwalał, ale to jedyne, w czym mogłem się wykazać. Leżenie w łóżku stawało się nie do wytrzymania. Z początku szło bardzo ciężko, później stopniowo zacząłem przyzwyczajać się do bólu albo ból do mnie. Kiedy pojawiły się pierwsze ciepłe promienie, poruszałem się już dość swobodnie. Stawiałem kroki jak zwierze w klatce. Rozum nakazywał uciekać od niej myślami, był jednak bezsilny wobec niekontrolowalnych emocji. Mimo starań, prób, zabiegów, na niczym nie potrafiłem się skoncentrować dłużej. Spanikowane, porzucone serce wyło mi bezgłośnie na krawędzi obłędu.

Mama próbowała mnie pocieszać –domyślała się przyczyn moich frustracji, koledzy przebąkiwali, że niemal nie utrzymują kontaktów z Miecią. Żorż twierdził, że gazetka przestała wychodzić, ponieważ Miecia straciła dostęp do powielacza czy coś podobnego i od tego czasu jej nie widywał. Co jakiś czas pytali się mnie zresztą, czy mam od niej wieści, co teoretycznie potwierdzałoby szczerość ich słów. Nie śmiałem skarżyć się przed nimi na brak jej wizyt, nie chciałem też prosić o pomoc w skontaktowaniu się. Lecz pewnego razu nie wytrzymałem: miałem ciężką noc, budziłem się co chwila spocony, po koszmarnych urywkach snu ze straszliwym przeczuciem, że coś się stało. Że powodem jej nieobecności nie była wcale chęć zakończenia przygody ze mną, ale, że przytrafił jej się wypadek. Żorż pojawił się na szczęście nazajutrz z dwiema butelkami piwa, papierosami i nowinami z miasta.

- Bez obaw, Tymek – mówił tym bardziej zdziwiony, że dopiero teraz dotarło do niego, jak długo Mieci u mnie nie było. – Ma po prostu mnóstwo zajęć, może też jej ojciec się zbiesił, że zamiast się uczyć, bawi się w konspirację. Wiesz, jej ojciec to ważna szycha u czerwonych. A bo ja wiem... może dostał wytyczne, że jego córka ma zejść na słuszną drogę i chwalić odtąd Lenina? Jeśli chcesz, zajdę do niej w wolnej chwili albo jeszcze lepiej – zadzwonię.

Dała na siebie poczekać. Kręciłem się już wtedy coraz sprawniej po mojej klatce - któregoś razu nawet, kiedy zostałem w domu sam, postanowiłem, że zejdę do budki telefonicznej i zadzwonię do niej, lecz pokonanie ledwie kilku stopni w dół schodami przekonało mnie o przedwczesności próby. Po tej klęsce podjąłem decyzję o ostatecznym wymazaniu jej z pamięci i rozpoczęciu nowego życia, szybkim powrocie na studia, nadrobieniu materiału (Ziemiak przynosił mi informacje o przerabianym materiale, jak dotąd jednak skończyło się na otwarciu książek: moja koncentracja niezmiennie szwankowała). Nie mogąc się skupić na poważnych lekturach przewalałem od góry do dołu zapasy komiksów z dzieciństwa i zagłębiałem się w ich treść z zapamiętaniem. Ich prosta, porywająca fabuła pozwalała mi na jakiś czas zapominać o egzystencjalnych bólach. Pewnego dnia, grzebiąc za nową lekturą znalazłem je: były starannie opakowane w pudełko i w papierową torebkę, wciśnięte w jakiś zakamarek zapomnianej szuflady. Kilka archiwalnych rolek filmów.

Zabrałem się z ochotą do roboty: fizyczna pochłaniająca praca w ciemni, zbiór standardowych, użytecznych czynności, to najlepsze rzecz, jaka mogła mnie teraz spotkać. Z pomocą ojca pozasłaniałem okna kocami (uważając, żeby nie uszkodzić konstrukcji erkondycjonera) i w kompletnej ciemnicy zacząłem nawijać filmy na rolki koreksu. Wtedy właśnie przyszła. Wślizgnęła się po cichu, zanim jeszcze zdążyłem zapalić światło i potykając o sprzęty, rzuciła mi się na szyję, objęła silnie, łagodnie. Euforia, ulga, radość, wściekłość i bezsilność – wszystkie te plagi nieczystego rozumu naraz miotały mną w świetle czerwonej żarówki, w kłującej duchocie wywoływaczy i utrwalaczy, kiedy kadrowaliśmy razem powiększenia, rozpoznając z zapałem szczegóły miejsc nieodległych przecież, a jednak tak dalekich. Jak zwykle te same tłumaczenia, przeprosiny, zarzekania się, że wielokrotnych bezowocnych próbach zawsze kończących się przypomnieniem o jakichś nadzwyczajnych obowiązkach. Tak inna była w porównaniu z ostatnimi razami, była tu ze mną, aktywna, zaangażowana, obecna, chętna do rozmowy.

A może to te zdjęcia na nią tak podziałały? Żałowała, że musiała zaprzestać wydawania pisemka, mówiła, że powielacz, z którego grzecznościowo korzystała, wpadł w ręce bezpieki, napisany na podstawie mojej relacji artykuł nie zdążył się już ukazać. (Ciekawe, kto przykablował ?) Takie zdjęcia, zrobiłyby furorę, nawet kiepsko odbite na prymitywnym powielaczu, ale jest już za późno.

Za późno? Mamy mnóstwo czasu, nic nas już nie goni. Żaden spóźniony autobus, żaden zbłąkany meteor ani milicyjna pałka. Przed nami całe życie, uczynimy je wbrew wszystkiemu kolorowym, zapomnimy o polityce, wojnie, milicji, karabinach i łzawiących gazach. Zaszyjemy się w jakiejś małej chatce, zbudujemy nasze szczęście. Jest na to czas. Patrzymy na kadry ze zdjęć uniwersytetu, wszystko, jakby w sepii choć w czerni i bieli, uśmiechnięte, dumne twarze, powiewające euforycznie flagi, festyn, piknik naukowy czy co? Nie zapomnimy. Za późno.

W takim razie zostawimy wszystko w diabły. Pieprzniemy, porzucimy, kopniemy. Uciekniemy za granicę, gdzieś daleko, do innego świata, przeciśniemy się przez zasieki, zmylimy miradory, pieszo, statkiem, konno dotrzemy na drugi koniec świata w inną strefę klimatyczną, gdzie Europa Wschodnia to pojęcie abstrakcyjne. Tam rozpoczniemy nowe życie, będziemy wydawać pisma, zdjęcia albo pracować w barze, czy to ma znaczenie, co będziemy robić? Zbudujemy nasze szczęście niezależnie od wszystkiego, choćby się świat walił, bomby spadały...

Robi się późno.

Zasiedzieliśmy się w tej ciemni, zamyślili, rozmarzyli. Zapalamy światło, na sznurku szybko rozwieszamy krzykliwy uniwersytet jesienią. Dziesięć minut do godziny policyjnej, pięć minut. Miecia zostaje na noc. Brak telefonu, nie można wezwać Papita. Ociągamy się przy kolacji. Rozmowa się nie klei, wsłuchujemy się w wykład o mechanicznym odświeżaniu powietrza. Ojciec jest nie do zdarcia, zanudziłby umarłego, ale dziś jest wszystkim na rękę. Wreszcie zbliża się upragniona północ, kładziemy się do łóżek. Miecia ma spać w moim łóżku, ja w dużym pokoju i tak zostało mimo protestów Mieci. Nie mogę oczywiście zasnąć, czekam tylko na sposobność. Wreszcie, kiedy cichnie krzątanina, a domem zaczynają kołysać westchnienia i chrapania – wstaję. Tylko popatrzeć – tak sobie mówię. No i patrzę. Śpi z ustami na wpół otwartymi, obraz szczerości i niewinności. Waham się, ale w końcu moja ręka ląduje na jej ciepłym policzku. Uśmiecha się przez sen, łasi, pomrukuje. Otwiera nagle na oścież oczy gwałtownie jak lalka, a mnie serce mało nie stanie z przerażenia.

- Chodź do mnie – mruczy pulchniutko, łóżkowo, a ja już płonę do niej i wszystko inne staje się obojętnie. Wgryzam się w to jej arystokratyczne ciało, wypielęgnowane dewizowymi kremami, sapaniom i stękaniom kresu zdawało się nie być podczas tego szaleństwa. Długo to trwało, ale kiedyś się skończyło, jak wszystko, a wtedy oklapliśmy znużeni na prześcieradła. Dyszeliśmy jeszcze, kiedy patrzyłem przez mgłę moich zachodzących snem oczu na jej piękną twarz, na jej poruszające się usta, które coś chciały mi powiedzieć, może coś ważnego, może nie, błogo mi było teraz, a jej portret zachowałem, gdy już kurtyna zapadła. Śpię.

Ona mnie szturcha i popycha, bronię się i protestuję, jest jednak bezwzględna. Kiedy otwieram oczy, nie wierzę, że się obudziłem. Ale jeśli dzieje się to na jawie, to muszę przyznać, jak zdrowia pragnę, że co panna, to jakaś afera, a przecież u człowieka te rzeczy należą do sfery intymnej. Ten krawat w paski, ta łysawa czaszka i prostokątne okulary. Znowu to się nade mną pochyla, jak dobrze pamiętam ten obraz, czas się cofnął, przyspieszył, zakrzywił, czy co?

- Pan Maurycy – szepcę nieprzytomnie, ale skąd mam wiedzieć, czy ruszam ustami i czy z nich dźwięki wychodzą. Wychodzą chyba, po ta pulchna twarz ma usta, które rozwierają się tworząc okrąg, ze środka zieje ciemnoczerwona czeluść.

- Pan – sapie brzydki głos z czeluści – pan nadużył mojego zaufania... co pan sobie... panie... gwałt, cholera – ale z tyłu mama się wtrąciła, bo się okazało, że też tu była, a ton papity jej się nie spodobał, więc mu uwagę grzecznie zwraca, że zakochani, prawa, te rzeczy, patrzę, a Miecia z tyłu w prześcieradło już owinięta zbiera pospiesznie swoje fatałaszki. Harmider okropny, bajzel nie do wiary, dyskutują nade mną ledwo wdzięki chowającym pod wymiętą pościelą, stoją nade mną jak kaci nad ofiarą, aż w drzwiach pojawia się ubrana w płaszcz Miecia. Łysy wypycha ją przez drzwi, stęka jakieś oburzone do widzenia i już po nich. Czy jeszcze kiedyś wróci? (To znaczy Miecia, nie zgred). Po tym wszystkim, co między nami...