Rozdział X
Nadejdą lepsze czasy - Rozdział XI
Zgrabne, dziewczęce pismo, krągłe kształty liter skreślonych czarnym atramentem, pamięć zapachu wymiętej karki, który zdążył wywietrzeć. Szlachetny, nietutejszy papier poprzedzielany delikatnymi sinymi linijkami. Z boku równiutki, czerwony margines. Wszystko tam takie porządne, jak tu byle jakie. Wreszcie najważniejsze – słowa, które treść niosą. Jest szczęśliwa, choć trochę smutna, roztęskniona. Trudno zgadnąć, czy to nie czasem poza taka i ile w tym prawdy? Treść listu trochę nijaka, trochę pompatyczna, zdradza pierwsze oznaki obojętności. Co do meritum – nic konkretnego dla kogoś, kto się łudzi, odmowa dla sceptyka.
- Papito twierdzi – pisze – że powinnam zapomnieć o kraju i o moich przyjaciołach, wyrzucić z siebie wszystkie stare wspomnienia i zacząć żyć od nowa – w końcu przyjęli mnie tutaj na studia, mam nowych znajomych. To jednak nie to samo. Próbuję, ale nie mogę, nie mogę zapomnieć o Tobie, czuję się winna, że nie było mnie tu wtedy, kiedy Artur umierał – być może mogłabym jakoś pomóc. [...] Co do zaproszenia, o którym piszesz, muszę porozmawiać z rodzicami. Wiesz, Papito wciąż jest na ciebie zły po ostatnim razie. Dlatego, Tymku, powiem Ci szczerze: Nie mogę Ci nic obiecać. Obiecuję, że będę się starać i mam nadzieję, że się uda. Całuję mocno. M. PS. Czekam na Twoje listy, nie zapominaj o mnie!
Różnokolorowe liście sypiące się z drzew na chodniku, mieniące się w przyjemnym, wrześniowym słońcu naprowadziły mnie na myśl o bezsensowności wszelkiego trudu. Zmiąłem ostatecznie list od Mieci i cisnąłem do najbliższego kosza. O naiwności, kołatało mi w głowie, a ja w swoim idealnym świecie łudziłem się, że rozłąka spaja więzi, zamiast je zrywać! Teraz rozumiem już, że im bardziej Miecia zagłębia się w ten w inny, lepszy świat, tym obojętniejszy staje jej się ten stary. Czas przewrócić kartkę, Tymek, dawne czasy już nie wrócą, pora spojrzeć prosto w przyszłość, skończyć z taplaniem się w lepkiej mazi przeszłości. Cały wrzesień pilnie nadrabiałem zaległości w nauce, może jestem zmęczony, zbyt zmęczony, żeby wyrzucić z siebie czarne opary minionych zdarzeń, powinienem spróbować wyjechać gdzieś jeszcze przez rozpoczęciem roku, hen, daleko od smutku tego zmęczonego, wymiętego miasta bez perspektyw, położyć się na mokrej, pokrytej jesienną rosą trawie, popatrzeć w niebo i w pozie takiej jak gad bezmyślny znieruchomieć...
Myśląc tak, coraz energiczniej stawiałem kroki po niezmiennie spękanym chodniku prowadzącym w stronę uniwersytetu, wsłuchiwałem się w przyjemne skrzypienie butów, które jakby poczuły w sobie przypływ zdrowej energii. Wszystko można odwrócić, wszystko od nowa zacząć, powtarzałem machinalnie, a zdanie to zmieniało się w pusty slogan, bo inne strzępy pojęć przewalały mi się przez głowę, czyniąc w niej bałagan, jak na podmiejskim targu. Minąłem jakieś milicyjne oficerki – wciąż zbyt wielu gliniarzy się kręci – a nagłe „Halo, obywatelu” za plecami wyrwało mnie z rytmu wibracji pozytywnych, spięło ciało i umysł w oczekiwaniu na najgorsze. Rychła ulga (na szczęście nie do mnie to było) nie zmniejszyła rytmu bicia serca, wręcz przeciwnie, rzekłbym, jakby strach, przerażenie chciały przypomnieć, że choć nie stało się nic, one są czujne i gotowe pojawić się, żeby pogrążyć mnie do reszty, gdy nastanie przykry moment. Myśli gdzieś się porozbiegały w międzyczasie, próbowałem jeszcze wrócić do nich nieudolnie, gdy tu nagle nowe bodźce uliczne niespodzianie w polu widzenia mi wyrosły: oto dostrzegłem znajomą główkę o bujnych rudych włosach, wieńczącą stojącą przed tablicą ogłoszeń postać. Serce nie przestało mi jeszcze łomotać po ostatnim, a tu znów taki silny cios, emocjonalny, czerwienię się, bo przypominam sobie szybko, do kogo ta postać należy, głęboko i powoli wdycham powietrze. Jak ona miała na imię? - Myślę zbliżając się do tej osóbki z bajki, zdziwaczałej wariatki od robali i skorpionów, i czuję podświadomie – bo na słowa mnie już nie stać – że co by nie opowiadać o mdłej przeszłości, zawsze miło zahaczyć kogoś znajomego, pogadać o dawnych czasach.
Staję przed nią sapiąc z wrażenia, a ona wciąż mi plecy demonstruje kształtne, jak cała jej figurka, ze smakiem wystrojona w jesienne sweterki i czapeczki. Jednak, kiedy wreszcie odwraca się - mimo woli w moją stronę - twarz jej nijak do świeżości ubrania nie pasuje – jest papierowo blada, wymięta, zmęczeniem i smutkiem swym upiorna, tak, że strach mnie nagły ogarnia odbierając w pewnym sensie ochotę do rozmowy. Za późno.
Patrzy na mnie przez chwilę – i rozpoznaje. Uśmiecha się blado, upiornie nieco – co się stało z tą laleczką nieskazitelną, żal mnie nagły w gardle ścisnął, wygląda, jakby choroba okropna strawiła ją do szczętu : te podkrążone, czerwone oczy, wiotka skóra twarzy, ordynarny podbródek z niegdyś idealnej główki zwisający, jak ulotne, nietrwałe są przymioty ludzkiej urody, brzydota z pięknem parami się przechadza, kwestia tylko punktu widzenia zostaje....
Otwiera już usta dość szkaradne niestety, kiedy nagle wrzask dziwaczny, coś między rechotaniem żaby, a okrzykiem Tarzana, zmusza ją do nagłego odwrotu w stronę, gdzie stoi duży, dziecięcy wózek. Zrazu myślę sobie, że na spacer jakiegoś płaza, krokodyla albo smoka wyprowadziła – ale to nie było żadne zwierze tym razem: aż trudno uwierzyć, lecz w wózku tym wrzeszczał najprawdziwszy ludzki dzieciak.
- Nareszcie niańczysz przedstawiciela naczelnych – wyduszam z siebie coś, co miało brzmieć dowcipnie, a wychodzi żałośnie. Nie mam czasu na wstyd, bo już się do mnie odwraca i patrzy mi w oczy bez słowa, a na twarz resztki dawnej świetności wracają.
- A jak się miewa nasz Maciuś? – desperacko próbuję ukryć własne zmieszanie.
- A tak... – odpowiada głosem dziwnie łagodnym (bo wtedy, jeśli się nie mylę miała dość tubalny) – Maciuś... Teraz jest Marcinek. – Nie dociera do mnie, co chce przez to powiedzieć, kiedy dzieciak w wózku znów przemawia. Wreszcie pojmuję, że Marcinek to ten dzieciak w wózku. A ponieważ wrzeszczący bachor jest ostatnią rzeczą, która mogłaby moje zainteresowanie wzbudzić, czekam cierpliwie, aż go uciszy, dalszych pytań nie zadając – a trwa to kilka chwil.
- Ten w wózku, to Marcinek, tak? – zagaduję, kiedy się wreszcie odwraca – Twój własny? – dodaję, już zupełnie przez grzeczność, bo znowu – zupełnie mnie to nie obchodzi. Ale ona patrzy się na mnie tą swoją wymiętą, przedwcześnie postarzałą twarzą, czerwone oczy prosto w moje wlepia, aż po chwili z oczu tych jakaś histeryczna łza jej wypływa, jedna, druga, potem strużka już cała się wylewa, wargi drżą przez chwilę.
- Muszę już iść, jak ci tam... – uśmiecha się z trudem, odwraca na pięcie i rusza szybko do przodu, popychając energicznie wózek z Marcinkiem.
Nie ruszam się z miejsca. To ci dopiero wariatka pomylona, trudno z taką polepszenia nastroju szukać. Patrzę, jak znika w tłumie, potem skręca w boczną alejkę. Ruszam w swoją stronę, machając łapami i psiocząc nad nią pod nosem, gdy nagle siła jakaś niewidzialna zatrzymuje mnie i iść dalej nie pozwala. Nie, to niemożliwe, myślę z przerażeniem, gdy pytanie o ojca sobie znienacka zadaję. Nieprzyjemna fala ciepła zalewa mi nogi i żołądek – nawet jeśli, tak jest, zmykaj, gdzie pieprz rośnie, zapomnij, nie przyznawaj się, wiej!
Wbrew wszelkiemu rozsądkowi zawracam jednak w stronę, w której znikła. Rozglądam się uważnie, w głowie mi się kręci, na żołądku mdło – jednak idę. Straszliwy idiota ze mnie, wmawiam sobie, ale jakaś wewnętrzna niepojęta siła ciągnie mnie w otchłań przeznaczenia. A jeśli Marcinek jest mój? Muszę z nią porozmawiać, po nocach spać nie będę, w dzień spokoju nie zaznam, póki się nie dowiem na pewno, póki nie potwierdzi mi, że nie ja jestem ojcem. (Choć zaraz przeszło mi przez głowę, że ona sama może nie wiedzieć – o ile byłem jednym z wielu, który odwiedził wtedy gabinet jej promotora).
Wreszcie znalazłem – nie ją niestety, ale wózek Marcinka: stał przed budynkiem wydziału języków orientalnych (co takiego mogła robić na orientalistyce?), granatowy, wielki bolid ze śpiącym dzieciakiem w środku. Przyglądam się dzieciakowi nachyliwszy głowę – nijak do nikogo z moje rodziny nie podobny, z pewnością nie mój. Żeby jeszcze na chwilę ślepia otworzył, może by dało się coś więcej o nim powiedzieć. Chociaż może włosy obejrzę mu, bo opatulony w czapeczkę wełnianą, nic nie widać. Zdejmę mu czapę i spadam!
Powoli zbliżam przerażone, drżące dłonie do główki dzieciaka. Delikatnie dotykam ciepłego czoła i ciągnę czapeczkę do góry, dzieciak ciamka i cmoka, a ja natychmiast rozumiem, że po włosach go z nie poznam - jest niemal łysy. Marszczy się paskudnie potem przytyka piąstki przykurczone łapki wieńczące, trze przez chwilę oczodoły i gwałtownie gały na mnie wytrzeszcza.
Jakbym zjawę zobaczył, w pierwszej chwili do tyłu mnie odrzuciło, lecz bachor okazał się niegroźny. Pokazał oczy – to dobrze, może uda mi się coś ustalić. Nic z tego. Marcinek nie tylko nie był do mnie podobny, on w ogólne nikogo prócz samego siebie nie mógł przypominać: szare, bezbarwne oczy, w ciemnych obwódkach kształtu nieokreślonego, żaden znany dorosły człowiek nie miał niczego takiego. Gapi się na mnie – wydawało mi się, że z niemałym zaciekawieniem. Muszę przyznać, że działa nawet kojąco, wymiatając mi na chwilę z głowy wszelkie dotychczasowe problemy. Marcinek. „A gdzie twoja mamusia, Marcinku?” pytam go retorycznie słodziutkim, babciowym głosem, ale on tylko uśmiecha się niepewnie na te słowa i dalej mi się w oczy gapi. Tym razem nie na długo: Marcinek nagle trzepocze przykurczonymi łapkami, usta rozszerza niby w uśmiechu, z tym że uśmiech to już nie jest. Twarz z bladej robi mu się sinoczerwona i nagły wrzask makabryczny, czkający i charczący, jakby płuca chciał z ciała wypluć przeszywa spokojne, wrześniowe powietrze.
Bezbronność wodza. Będąc przed oczywistym wyborem między ucieczką a odnalezieniem matki – stoję niezdecydowany. Macham głową i tułowiem, to w stronę drzwi na wydział to w stronę przeciwną, impotencja całkowita przygważdża mnie do ziemi odbierając zdolność ruchu sensownego. W końcu robię rzecz najgorszą ze wszystkich: zaczynam gugać i piać do bachora, uśmiechać się doń nerwowo, nawet wyciągam rękę, żeby go we wrzeszczący łeb pogłaskać, ale to jeszcze bardziej go rozwściecza. Jest jasne, że to ryczące dzieciątko całym ciałem swym na mnie jako na winowajcę zła wszystkiego wskazuje, toteż zrozumiawszy to po kilku chwilach w końcu postanawiam pryskać. Za późno. Drzwi wydziału otwierają się z hukiem i wybiega z nich matka. Podbiega szybko do wózka, wyciąga dzieciaka, zaczyna przytulać i bujać.
A mnie znów w ziemię wmurowuje, ręce opadają: to nie jest wcale Jola. Cóż za bałwan ze mnie, myślę, już macham ręką na odchodne, kiedy mnie woła :
- Hej! – gapi się prosto na mnie (przez myśl mi przeszło, że dzidziuch właśnie do niej jest podobny). – Czy to przypadkiem nie ty?
A tej o co chodzi? Rozglądam się wokół w złudzeniu, że nie do mnie słowa te skierowała, lecz w koło pustka obojętna, a ona na mnie patrzy długo i uważnie, jakby wybuchnąć miała za moment.
- Co ja? – pytam wreszcie niepewnie, a nieracjonalny, obsesyjny strach przed jakimś surrealistycznym zarzutem (pierwszy raz ją w życiu widzę) stawia mnie przed nią niemal na baczność. Mój strach okazuje się uzasadniony, po uważnych oględzinach, znów słyszę jej szorstki głos :
- Audiomax, listopad 1981, spałeś ze mną, czy nie ?
Nie jestem w stanie się nawet zdziwić, ani oburzyć, tak naturalne to pytanie mnie się wydało. Czy to możliwe? Po raz drugi w ciągu pół godziny, ktoś próbuje mi ojcostwo przypisać, a ja nie wiem, co mam na to powiedzieć? Zaczynam tracić poczucie rzeczywistości, może to wszystko śni mi się tylko, taki paranoidalny sen, który rano pryska i ginie w natłoku bieżących problemów.
- Nie – odpowiadam zrezygnowany – ja spałem... z Jolą.
Podchodzi do mnie z dzieckiem na jednym ręku, zbliża twarz do mojej, zezuje mi w oczy. Nie umiem powiedzieć, czy jest ładna czy brzydka, jej ciemne oczy buchają wściekłością, kręcone włosy koloru nieokreślonego nie są zbyt świeże. Przerażony sceną nie protestuję, kiedy pod bluzką czuję jej zimną dłoń. Obmacuje mi brzuch i piersi, puszcza dopiero po chwili. Tracę oddech.
- Oszalałaś? – wrzeszczę wreszcie całkiem niekontrolowanie, nie gorzej od jej bachora – Co ty sobie... O co ci...
- Tamten był grubszy, tłuścioch taki, misio, ach, spadaj człowieku – popycha mnie lekko, z odrazą, i tym razem ulatniam się czym prędzej. Puszczam się biegiem, obiegam chyba wkoło cały uniwersytet, zanim udaje mi się dotrzeć do ławki pod biblioteką. Padam na nią dysząc, jest mi niedobrze, a przed oczami staje Ziemiak: audiomax, ciemność, pacyfki, koraliki... To nie ona – żadnych koralików, żadnych pacyfek, tylko ta wściekła gęba... Przecież mogła je zdjąć, wyrzucić, skąd mam wiedzieć. Z drugiej strony mało to panien kręci się po uniwersytecie, mało ma dzieciaka na pierwszym roku nie znając ojca? W głowie mętlik, w żołądku mdło. Unoszę na chwilę głowę i czuję, że oszalałem: przede mną same matki z wózkami widzę, a to chyba mi się śni. Muszę odwiedzić psychiatrę, dostać jakiś zastrzyk, niech mnie zamkną u czubków i nie wypuszczają. Niedobrze, żołądek już mi do gardła podchodzi, gdy wtem słyszę, jak głos do mnie miły przemawia:
- Dobrze się czujesz? – głos jest męski, z ulgą myślę więc, że nie o ojcostwie mówić będzie. Głos jest znajomy, próbuję podnieść głowę, lecz zbyt mi niedobrze. Delikatnie zaprzeczam głową, kiedy od dołu, tam gdzie przed chwilą jeszcze był chodnik, pojawia się twarz Y. Moja szajba osiągnęła poziom wymagający natychmiastowej hospitalizacji. Czuję, jak mi szczęka kłapie, zaraz zwymiotuję – Tymek, co ci jest? Wyglądasz, jakbyś ćpał. Ćpałeś?
- Źle się czuję, troszkę – szepcę i dotykam ręką twarzy Y – jest realna o ile tylko zmysły mnie nie mylą.
- Połóż się na chwilę na ławeczce, odpocznij - czuję, jak realny Y silną ręką układa mnie na ławce. Obojętnie patrzę w jesienne, ciepłe niebo i od razu mi lepiej, nie widzę żadnych matek ani ludzi, ani w ogóle świata, tylko błękitne niebo, furtkę do wieczności. Zabierzcie mnie tam. Zabierzcie.
I znowu spokojny, ironiczny głos Y:
- Aleś się stary urządził, tyle czasu cię nie widziałem, a tu nagle cię spotykam rzygającego na ławce. Musimy pogadać, pomówić, w końcu cztery lata w jednej ławce... Chodź, zabiorę cię stąd, zabiorę cię w inne miejsce, ładniejsze.
***
Dokąd mnie zabierzesz, drogi Y? – myślę, gdy wchodziliśmy w smętny korytarz, który tworzyły wysokie, barowe stoły. Przy stołach stali ci, dla których stworzono ten raj, ten ustrój – oni mieli być najważniejsi, a teraz stali rzędem pochyleni nad tymi robotniczymi blatami w szarych kufajkach, czarnych beretach, stali w dworcowym barze, bezzębni, jedni pomarszczeni, wychudli, inni nadmiernie na twarzach rozdęci. Staśki, Władki, Heńki i Kaziki odprowadzały bezmyślnym wzrokiem swoje ręce trzymające bułkę maczaną w oleistym sosie z mięsną wkładką. Stali sami albo we dwóch nie odzywając się do siebie, stali z opasłymi żonami, których przerosłe piersi wylewały się z ciała do trykotowych bluzek. Nie mówili nic, bo co mieliby mówić – z państwa robotników i chłopów został im tylko ten brudny bar, flaszka zasiarczonego wina z jabłek i kufel kwaśnego piwa. Gdzie, mój drogi Y, zostawiliśmy te czasy euforii i wiary w zwycięstwo koloru nad szarzyzną, życia prawdziwego nad czyśćcem komuny, energii działania nad inercją otępienia, zapachem perfum nad smrodem wschodnioeuropejskich sraczy? Ci, z którymi ja byłem wtedy są już po drugiej stronie świata, Żorż stał się zapewne Georgem, imienia Mercedes nie przyrównują do samochodu, Ziemiak zdążył już się zapewne rozłożyć na cząstki pierwsze, kto wie, kiedy pojawią się w nowym wcieleniu w barowych przekąskach lub na królewskich stołach. Z dzieła upadku narodu chyba nawet kat się nie cieszy, on sam zaczyna popadać w marazm, to, co miało być wzorem dla świata za dotknięciem jego różdżki w jego wstyd się właśnie zmienia. Bo czym tu się chwalić, skoro zniszczył tych, których rzekomo wynosił na piedestał, zmienił ich w smętną masę pozbawionych nadziei na lepsze bezmózgowców, którym pozostało już tylko żucie łykowatych ochłapów w dworcowym barze?
Y ciągnie mnie za rękaw, bo aż zatrzymałem się z wrażenia na widok tej całej nędzy, nędzy, której zaślepiony ideą naszej straceńczej walki, naszych rześkich twarzy, młodzieńczych uśmiechów i nieskrępowanych szaleństw, w ogóle nie widzieliśmy, albo widzieliśmy, jako nieodłączny, acz wcale nie smutny obraz nie z tego świata. I jak to zwykle w sytuacjach ekstremalnych bywa, również teraz, kiedy trzymając mnie za rękaw, jakby obojętny na wszystko, co na zewnątrz niego Y, wyszarpywał mnie z tego padołu rozpaczy, rzucił mimo woli myśl, która odtąd prześladowała mnie nieprzerwanie: Uciec stąd, do świata lepszego, nieznanego, piękniejszego. Trafiła na podatny grunt w umyśle kogoś takiego jak ja, kto nie ma wiele do stracenia. Bo jaką mam perspektywę? Skończyć studia, może aplikację, przyjąć posadę radcy prawnego w kombinacie metalurgicznym? Przez osiem godzin pracy czytać prasę, raz na miesiąc paralitycznym, nawet dla siebie niezrozumiałym językiem skrobać pozew do sądu, którego nikt nigdy nie wniesie, którego nikt nigdy nie przeczyta? Uciekajmy stąd, póki nie wpadniemy w sieć tutejszych żywych trupów, marazmu permanentnego, wiejmy z tej krainy, gdzie absurd razi prawdą, a sens przytłacza nonsensem.
- Y, chcesz uciec z tego szajsu, co?
- No pewnie, że chcę uciec. Przez zieloną granicę chcę uciec! – wrzeszczy na cały głos uśmiechając się głupkowato, złośliwie. Trupie głowy odwracają się powoli, bez pośpiechu w naszym kierunku, ich twarze się ożywają, jakby nagłym promieniem światła oślepione. „My z tobą, my tobą” – kłapie paralitycznie kilka gąb upiornych, głosami zmęczonymi, bezbarwnymi.
Y rąbie z hukiem w drewniane, obrotowe drzwi. Świeże powietrze. Oddychamy ciężko, głęboko, z pochylonymi głowami. Peron. Noc. Przygniatają nas plecaki. Siadamy na papierosa na połamanej ławce, jest prawie pusto. Dopalamy w milczeniu, kiedy, jakby z zaświatów, bezgłośnie, wyłania się ponury korpus lokomotywy. Pociąg sunie cicho, obco i przerażająco. Powoli defilują przed nami ciemnozielone wagony, aż ciszę przerywa przerażający zgrzyt hamulców. Zgrzyt tak perfidny, że trzeba uszy zatykać. Stop. Powraca cisza, potem tupot kroków. Dostaję kuksańca w plecak. Y pomaga mi wstać - idziemy do ciemnego wagonu. Wewnątrz pusto, cicho i ciemno, tylko światła dworcowe oświetlają przedziały. Siadamy w pierwszym wolnym, zamykamy drzwi.
- Jak ruszy to na pewno zapalą – Y przerywa ciszę. – Hej, Tymol, obudź się, już dobrze? Jedziemy na zieloną trawkę, głowa do góry!
Podnoszę zastygłą głowę w jego stronę, kiepsko widać w tej ciemności. – Y, ty nie wiesz co mi się przytrafiło - zaczynam, bo muszę to komuś powiedzieć,
- No, nareszcie zaczynasz mówić – wstaje i grzebie w plecaku. Wyciąga flaszkę wina. – Czerwone półsłodkie, żeby nam się podróż nie dłużyła – zdejmuje plastikowy korek – w tym momencie pociąg szarpie i czerwone półsłodkie chlusta na siedzenie obok mnie. – To na szczęście! – śmieje się do mnie próbując utrzymać równowagę, bo pociąg z potwornym rumorem trzęsie się twardo na zwrotnicach. Wdzięczny jestem Y za to, co dla mnie robi. Chcę mu podziękować, ale drzwi przedziału rozsuwają się z hukiem, zaś wnętrze wypełnia zapach obcych. Dwie postacie wtaczają się bez słowa, zapewne mężczyzna i kobieta– pewności nie ma jednak, bo światła nam jeszcze nie zapalili. Za to na pewno przytłaczają je liczne paki, świeżym żarciem wionące. Tak, jedzie tu wiochą. Wrzucają pakunki na półki nad siedzeniami, całkiem na nas uwagi nie zwracając, wreszcie onieśmieleni jakby swoim czynem siadają naprzeciw siebie, od strony korytarza, coś szepcą niezrozumiale. Siadamy po obu stronach okna, Y trzyma flaszkę w rękach między nami. Podaje mi ją, łykam. Od czego zacząć?
- Widziałeś dziś na dziedzińcu, ile było matek z wózkami?
- A było? - Y nic z tego nie rozumie.
- Widziałeś jakieś matki z wózkami?
- Nie zwróciłem uwagi, a bo co?
- Bo widzisz... – ach, znowu nie wiem, od czego zacząć – bo widzisz jedno z nich może być moje. – Chyba na mnie patrzył. Prosto w oczy.
- No, no... Tymuś łyknij winko, nie bardzo rozumiem.
- Strajk, pamiętasz strajk?
- A bo to jeden był strajk.
- Na Uniwersytecie, rozumiesz, poznałem taką pannę. - Y przechyla flaszkę,
- No, no, opowiadaj, nieźle się zaczyna. – Do przedziału wpadło mocne światło, to pociąg miękko wtaczał się na podziemny dworzec. Długo skrzypiało zanim stanął. A mnie przypomniała się Miecia. A jakże, zupełnie o niej zapomniałem, ona przynajmniej jest realna. Trzeba o niej myśleć, ot tak, dla równowagi psychicznej. Ciekawe, co teraz porabia, wieczorem, we wrześniu, w Madrycie. Ciepło, siedzi na jakimś patio z ojcem komunistą i matką arystokratką, popijają czerwone słodkie. A może to ich Campari? A jeśli teraz jakiś hiszpański fagas obmacuje?
Drzwi przedziału rozsuwają się znowu. Dziewczęce głosy.
- Jest wolne miejsce – odpowiadamy z Y niechętnie, bo ci od paczek w ogóle nie raczą. Y siada koło mnie, dwie panny naprzeciwko. Pociąg rusza, wjeżdża do tunelu, zapada ciemność. Wypijam łyk, robi się ciepło i miło, echo pędzącego pociągu, żarówki tunelu migają coraz prędzej, nie mamy wątpliwości, że pędzimy już z prędkością dalekobieżną. Ale dokąd?
- Dokąd my właściwie jedziemy Y?
- Jak to dokąd? Oczywiście, że do Z. – to całkiem oczywiste według niego, a ja mam bardzo blade pojęcie, gdzie się Z znajduje. – Jest tam dziko, górzyście i zapuszczenie, taka dziura, gdzie psy dupami ujadają, a miejscowi walą siekierami w stół na dzień dobry, poza tym Z jest przy samej granicy, więc jakbyś chciał...
Przy granicy, tuż przy granicy, konfidencjonalny szept Y pulsuje mi w głowie.
- Mówisz serio? - Pociąg wystrzela z rury tunelu, pęd już jakby mniejszy, coś bzyczy w wagonie i oślepia nas fala światła. Przymykamy oczy, a kiedy je otwieramy robi się trochę nieswojo: przyglądamy się światu objawionemu, dotąd jedynie z przypuszczeń i domysłów znanemu, trochę z niedowierzaniem, trochę z tęsknotą z przytulnym mrokiem. Naprzeciw nas siedzą teraz panny, przy drzwiach korytarza para wieśniaków – bez przerwy mruczą i szepcą między sobą, ale co nas to może obchodzić. „Zwiać za granicę, co za pomysł, ani słowa na ten temat głośno, ale po co mielibyśmy za tę granicę uciekać? Złapaliby nas i wsadzili do mamra, albo odesłali z powrotem do kraju, a tu – niedoczekanie nasze.” Wodzimy bezmyślnie wzrokiem po przedziale, ukradkiem patrzę na panny naprzeciwko: ubrane w powyciągane swetry i wełniane spodnie, jedna ruda i pryszczata, druga bardziej gładka, włosy o nieokreślonym kolorze ułożyła sobie w kok. Ćwierkają coś do siebie od czasu do czasu emanują niebiańskimi uśmiechami. Widzę, że Y też się im przygląda ukradkiem, nagle łapie mnie za łokieć wychodzimy na korytarz.
Z zacisznej norki gabinetu dyrektora wychodzimy na halę fabryczną. Y wyjmuje papierosy, zaciąga się i dmucha dymem do mojego ucha.
- Ja biorę tę pryszczatą, druga jest twoja. Zgoda?
- Y, daj spokój, nie mam nastroju. Powiedz lepiej, co z tą granicą?
- Damy dyla, jak nam się znudzi damy dyla i tyle nas będą widzieć. Jak nam się coś nie spodoba. Wolność. Jak uznamy, że nasze wolności obywatelskie, wolność wypowiedzi są zagrożone.
- Co ty bredzisz Y, nie ma żadnych wolności... - on mnie jednak w ogóle nie słucha.
- Pryszczata ma duszę, ja to czuję, brzydka powierzchowność kryje w sobie wewnętrzne piękno – ciągnie długi łyk czerwonego półsłodkiego.
- Granica - ja mu na to - naprawdę chcesz na drugą stronę? Oszalałeś Y - szepcę najciszej jak mogę.
- Zobaczymy Tymek, granica później, teraz panny.
- Upiłeś się Y, widzisz świat przez różowe okulary. Te panny to tragedia, podobnie jak twój pomysł z granicą. Wsiowe, niewyrobione, byle jakie. – Y gasi papierosa i bez słowa wraca do przedziału, ja za nim. Chciałbym mu powiedzieć, że jest skończonym idiotą i powoli żałuję, że się z nim wybrałem w tę podróż. Nic jednak mu nie mówię, zaczyna morzyć mnie sen. Y nie rezygnuje, otwiera następną flaszkę i częstuje nią panny. „Dobre, wermut prosto z Bułgarii, gronowe, nie jakiś tam tani jabcok, pyszne, szlachetne.” Jest dość nachalny, panny grzecznie odmawiają, znowu te niebiańskie uśmiechy. Zamykam oczy, czerwone światełko przebija przez powieki. Nadpływa Miecia. Siedzi nad basenem, twarz wystawiona do słońca, włosy opadają jej do tyłu, ma zamknięte oczy. Gniecie mnie zazdrość. A gdyby spróbować dojechać do niej na własną rękę? Przejść przez zieloną granicę, potem jeszcze jedną i jedną granicę, aż w końcu autostopem, rowerem, kajakiem, zziębnięty wygłodniały dotrzeć do niej - na pewno by nie wyrzuciła. Nonsens. Za tą granicą jest taki sam kraj jak ten, komunistyczny, nędzny, zniewolony przez grupkę oligarchów, którzy trzęsą wszystkim co się rusza, karzą za najmniejsze nieposłuszeństwo. Idę spać, przyjemnie w cieplutkim przedziale, winko rozkleja. Monolog Y wprost przeciwnie.
- Ja cały czas wierzę, że wolność wróci do naszego kraju, drogie koleżanki. Tak, jako student pierwszego roku filozofii nie mogę inaczej, bo bez wolności nie istnieje filozofia. Wiem, rzecz jasna, choć bardziej z teorii niż z praktyki, że wolność nie jest nieograniczona, z wolności trzeba umieć korzystać. Być może popełniliśmy błąd, rzucając się na nią od razu z pazurami, burząc wszystko, co do tej pory zbudowano. Może trzeba było więcej dyplomacji stosować, a mniej siły.
Nie mogę już tego wytrzymać.
- Y, to czysta teoria! Tu nie było miejsca na żadną dyplomację, nikt z ludźmi nie chciał rozmawiać. – zapieniam się. – W jakim świecie ty żyjesz, gdzie ty byłeś przez ostatnie dwa lata, że wygadujesz takie niedorzeczności!
- Filozofia! Filozofia brzydzi się emocjami. Kolega miał ciężkie przeżycia, jedziemy troszkę odpocząć –uprzejmie do panien się zwraca. Zdenerwował mnie. Biorę długi łyk wina. A niech sobie bajdurzy, co mi tam. Patrzę na jego rozmówczynie. Ta gładka jest całkiem do rzeczy. Wstrzymuję wzrok na jej twarzy – grzecznie słucha, co Y ma jej do powiedzenia.
- Wolności, drogie koleżanki, trzeba się nauczyć. Bo w praktyce wygląda to tak: najpierw się jej zażywa ostrożnie, jakby z niedowierzaniem, chodzi o swoisty rodzaj szacunku do tego, co się otrzymuje. To tak jakby, powiedzmy, ktoś ofiarował ci samochód. Najpierw nie możesz uwierzyć, że takie szczęście cię spotkało, potem, je asymilujesz, to znaczy ten nowy nabytek staje się dla ciebie czymś normalnym, przestajesz go doceniać i szanować. I tak właśnie jest z wolnością. Masz ją, a chcesz mieć coraz więcej, gdy garści już nie wystarcza chwytasz ją całymi ramionami, już nie jesteś w stanie jej strawić, wolność staje się chaotyczna i zgubna, ciężko trafić na właściwy tor, te wszystkie w pocie czoła zdefiniowane cele tracą sens. Najadamy się tych słodyczy, jakimi jest wolność aż ogarną nas mdłości. Za dużo chcieliśmy na raz. Za dużo.
Urywa. Nie są zbyt rozmowne. Wypijam kolejny łyk i teraz odważniej już spoglądam na wdzięki sąsiadki. Ucieka spojrzeniem, zmienia ułożenie nóg, wierci się.
- Może jednak? - Ośmielony wermutem wyciągam rękę z butelką.
- Nie, dziękuję.
Koleżanka sąsiadki wyjmuje książkę obłożoną w okładkę jakiegoś czasopisma. Czytają obie. Robi się coraz cieplej, kaloryfer grzeje, jest malarycznie. Halo, można trochę przykręcić? Coraz nachalniej patrzę w oczy sąsiadki, są czarne, sensualne, usta wąskie, jednak niedoskonałe, ale właśnie w tej niedoskonałości jest całe piękno, i nagle elektryzuje mnie taka myśl, że przecież, gdyby nie te włosy w kok ułożone, gdyby nie ten plebejski strój, to przecież byłaby to kropla w kroplę Miecia, tak, one są identyczne, z wyjątkiem kilku szczegółów, może, słusznie, ale poza tym to taka prawie Miecia. No, może nie jest tak doskonała jak ona, ale wszakże gdyby wszystko było doskonałe, zanudzilibyśmy się na śmierć, nie byłoby, o czym mówić ani pisać. Tylko jedlibyśmy, pili, nawet kryminałów nikt by nie pisał, no bo o czym, skoro wszystko byłoby idealne, gładka tafla wody bez jednej zmarszczki. Zatrzymuję wzrok na jej twarzy i nagle dostrzegam nieuchwytny błysk w jej oczach jakieś delikatne drgnienie kącika ust, śladowy ruch okiem, niezauważalne mrugnięcie powieką. Pociąg zwalnia, a potem znów przyspiesza. Doskonale wie, że ją obserwuję, ale woli kokietować i to w niej najpiękniejsze, za to ją lubię, co ja mówię, chyba się zakochałem, taaaak, z braku laku, nie ma Mieci prawdziwej, zadowolę się jej sobowtórem. Serce mi rośnie, znowu czuję, że jestem szczęśliwy. Nie chcę uciekać za granicę, tu przecież wciąż możliwe jest zbudowanie własnego szczęścia. Co z tego, że nie jest córką bogatego komunisty, tylko jakiegoś biednego nauczyciela z prowincji, co mnie obchodzi komuna, socjalizm, zimna wojna i zbrojenia, skoro szczęście nie jest abstrakcją, ono pojawia się tu, u podstaw, między szarymi ludzikami, jak ja i ona, biednymi czy bogatymi, wpływowymi czy zahukanymi, ważna jest dusza nie pozorność materii. Pozostaje jeszcze sprawa Marcinka. Mniejsza, nigdy go nie odnajdę. Teraz powiem jej to prosto z mostu: Kocham cię jak ci tam na imię, tego mi właśnie brakowało, miłości. No właśnie, trzeba spytać jak ma na imię, Kunegunda, Danuta, Irena, Asia też nie jest brzydko, Zosia, trochę wiejsko, ale niech będzie.. Pytam. Serce bije mocniej, czy zadrży głos, czy przeżyję próbę. Pytam. Ale nie mogę. Chyba ze mną coś nie tak. Gorąco. Kiedy wstaję z miejsca, żeby zdjąć sweter, ona robi to samo, jej koszulka bez rękawków podnosi się odsłania kawałek brzucha. Trudno się nie zachwycić, takim bieluśkim, młodym brzuszkiem, chciałoby się więcej... Delikatny powiew podróżnego potu, a już za chwilę leżę już na niej, przygniatam ją całym ciężarem ciała, na moje plecy wali się coś ciężkiego, to pociąg wpadł właśnie w tryb awaryjnego hamowania, wyrywając wszystko, co żywe i martwe ze stanu równowagi. Czuję jej ciepły oddech, moje usta są na wysokości jej ust.
- Jak ci na imię ? – szepcę podniecony i choć gniecie mnie w plecy jakaś paczka z golonką nie spieszę się do zmiany pozycji. Ale ona zamiast odpowiedzi wpija się w moje usta, a jej język łaskocze mi gardło. Kto by pomyślał wyglądała mi na zakonnicę, a tu proszę, to wulkan, szaleństwo. Słyszę chrząkania, kontem oka dostrzegam, jak Y wyprowadza pozostałych pasażerów z przedziału, zasuwając za sobą drzwi i zaciągając zasłony. A więc jesteśmy sami, cóż jeszcze może nas powstrzymać, od grzechu.
- Regina - słyszę.
- Co?
- Regina, mam na imię Regina, podoba ci się?
- Jasne, że mi się podoba - a więc moje nowe szczęście ma na imię Regina. Wkładam rękę pod wełnianą spódnicę, Regina, mruczę mdławo, ale daleko mi do mdłości, pociąg stuka miarowo, jesteśmy sami, Tymek i Regina, razem odlatujemy w pustkę.
***
Potworny ukrop – nie zdjąłem jednak swetra i kleję się od potu. Próbuję wstać. Całe ciało ciąży ołowianie, nie mogę się ruszyć. Co mi się stało? - ręce nie reagują, nogi też, paraliż.
Ruszam powiekami. Świta. Przedział jest pusty, tylko w kącie Y chrapie. Z trudem podnoszę się wreszcie, rozciągam omdlałe członki. Otwieram na oścież okno, kropelki gęstej mgły wdzierają się do wnętrza, białe mleko, nic poza tym. Z przodu pohukiwanie parowozu – nasz pociąg toczy się dalej. We mgle majaczy charakterystyczny słupek. Pociąg sunie już wzdłuż granicy.
27 stycznia 2005
| < Poprzednia |
|---|

